Nie przypominał sobie, kiedy jego dzień był aż tak nieudany. Liam czuł, jak krew w jego żyłach już dawno osiągnęła temperaturę wrzenia. Wydawało mu się, że z tej złości aż para wylatuje mu uszami, a policzki oblane ma krwistą czerwienią. Najpierw Dylan obraził się na niego o to tylko, że ten powiedział to, co myślał o jego żonie. Przecież Liam nie powiedział nic złego, tylko prawdę. Michelle zamieniła się w kogoś, kim kiedyś nie była. Pamiętał, jak wspaniałą dziewczyną była, kiedy się poznali, wtedy na plaży. Teraz nawet siebie nie przypominała, była przesiąknięta do szpiku kości czymś, co napawało mężczyznę gniewem - bo przecież to przez nią jego przyjaciel stał się wrakiem człowieka. Miał do niej o to żal i nie zamierzał tego ukrywać. Być może powinien zrozumieć, dlaczego Dylan tak źle zniósł słowa, które Liam powiedział na temat Chelle? Jednak nie potrafił pojąć, czemu mężczyzna zareagował w taki sposób.
Dopełnieniem tego genialnego dnia była Florence. Spędzili ze sobą naprawdę świetny dzień, śmiejąc się i wygłupiając, a potem poruszając poważniejsze tematy. Naprawdę dobrze czuli się w swoim towarzystwie. Pod wieczór aż za dobrze... Pocałował ją, a ona nie kazała mu przestać. Kto wie, co by się wydarzyło dalej, gdyby Victoria im nie przerwała?
No właśnie, Victoria. To ona sprawiła, że ten dzień zakończył się niemal dramatycznie. Nie miała złych intencji, kiedy do niego przyszła, ale byłby jej wdzięczny, gdyby przedtem chociaż zapukała do drzwi. Wyobrażał sobie, jak beznadziejnie wyglądał wtedy w jej oczach, całując dziewczynę, która wydawać się mogła zupełnie przypadkową i anonimową, ledwie poznaną, a już zaciągniętą do siebie. Florence po tym wszystkim niemal natychmiast wyszła, zostawiając Liama samego z wyrzutami sumienia, zastanawiającego się, czy Victoria wściekałaby się tak na niego, gdyby nie czuła do niego czegoś więcej. Kiedy tylko przez jego głowę przewijała się taka myśl, Liam zaczynał czuć się jak w jakimś śnie. Przecież on ją kochał, odkąd tylko ją zobaczył. Gdyby ktokolwiek spróbował ją skrzywdzić, bez wahania zabiłby go, choć przecież nie miał okrutnego serca. Była wspaniałą kobietą, tak dobrą, że właśnie dlatego za wszelką cenę chciał uniknąć tego, do czego właśnie doszło. Być może ona zakochała się w nim, choć nie był facetem dla niej. On był kimś, kto nijak nie pasuje do jej idealnego świata, pięknego mieszkania, świetnej pracy i tak dalej. Powinna wybrać jakiegoś sztywniaka - prawnika albo polityka. Liam nie chciał sprowadzić jej na złą drogę, nie chciał patrzeć, jak przez niego traci wszystko.
Zapukał do drzwi. Mimo wczesnej porannej godziny, wiedział, że Victoria już dawno jest na nogach. Zawsze była rannym ptaszkiem.
- Victoria, nie wygłupiaj się - powiedział Liam, wciąż uderzając palcami o drzwi. - Przecież wiem, że tam jesteś, słyszałem kroki. Wrzuć na luz i pogadajmy.
Nie zdziwiło go to, iż jedyną odpowiedzią, jaką uzyskał, była nieprzerwana cisza. Oczywiście nie czuł się aż tak winny, przecież w gruncie rzeczy to co zrobił nie było aż takie złe, jakby tak spojrzeć na jego wybryki z przeszłości. Victoria jednak była dobrą dziewczyną, jak już mówił wielokrotnie. Najchętniej wsadziłaby go za kratki, gdyby wyrzucił papierek po cukierku na ulicę, a nie do kosza na śmieci.
- Wiesz co, przyszedłem ci coś ważnego powiedzieć, więc może z łaski swojej jednak otworzysz te cholerne drzwi i... - mówił, jednak wtedy drzwi otworzyły się. W progu nie pojawiła się jednak ciemnowłosa dziewczyna.
- Victorii nie ma - rzekł Dylan, przecierając zmęczone oczy. - A nawet jakby była, pewnie nie miałaby ochoty z tobą gadać.
- A ty masz ochotę pogadać ze swoim najlepszym przyjacielem? - zapytał Liam z powagą.
- Absolutnie nie - oparł bez momentu zawahania brunet i już zamykał drzwi, gdy Liam zablokował je ręką. Dylan przewrócił oczami. - Czego ty się niby spodziewasz? Że rzucę ci się na szyję, czy że będę bił ci brawo za to, jak ładnie oskarżyłeś moją żonę o wszystko?
- Nie rozumiem, dlaczego ty się tak bulwersujesz! - krzyknął Liam. - Obydwaj wiemy, że to, co powiedziałem, to święta prawda.
- Nie mam ci nic do powiedzenia - oponował brunet.
- Chcesz stracić kumpla przez taką pierdołę? - warknął Atwood, wówczas Dylan zatrzasnął w końcu drzwi i zasunął zasuwkę. Liam był pewien, że lada chwila wybuchnie niczym wulkan, był tak zdenerwowany, jak nigdy. - Sam tego chciałeś! Nie jesteśmy już kumplami i gówno mnie obchodzą twoje problemy. Tylko nie przyłaź do mnie, bo też cię nie wpuszczę do środka. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, ty kretynie!
Chłodne powietrze buchnęło mu w twarz, gdy tylko wyszedł na zewnątrz, jednak on nawet go nie odczuł - sam miał skórę gorącą jak lawa. Victoria nie chce z nim gadać, Dylan obraził się na niego, a Florence zapewne zechce urwać z nim kontakt, w końcu pocałował ją, choć jest dziewczyną jego brata. Na pewno będzie chciała uniknąć dalszego rozwoju sytuacji. Tracąc te trzy osoby, mężczyzna stracił ogromną część sensu swojego życia. Miał ochotę komuś przywalić. Żałował, że Dylan nie wyściubił swojego noska dalej za ten pieprzony próg, bo z przyjemnością stłukłby go.
- Atwood! - zawołał jakiś niski głos za jego plecami. Zignorowałby go, gdyby nie jego natarczywość. Odwrócił się i w pierwszej chwili pożałował swej decyzji, potem jednak zauważył pozytywne strony owego wydarzenia.
- Calvin Cliffe - mruknął, lustrując go, po czym uścisnął mu dłoń. - Kopę lat.
- Proponuję z tej okazji wypić coś mocniejszego - rzekł blondyn, szczerząc się, co trochę irytowało Liama.
- Nie jestem w nastroju - odparł smętnie.
- No i o to chodzi - stwierdził Calvin. - Popijesz ze mną i od razu się rozweselisz, wiem co mówię. Poza tym, stary, może pogadamy o przeszłości?
- Już ci kiedyś powiedziałem, nie wrócę do tego, koniec i kropka - skwitował stanowczo Liam. - Było miło, ale naprawdę będę uciekał.
Dwudziestoletni chłopak rozgrzewał się w obskurnym pomieszczeniu, które teoretycznie miało służyć jako szatnia. To miała być jego pierwsza walka, jego debiut i pierwsza szansa na pokazanie, że nie jest już dzieckiem, ale prawdziwym mężczyzną, twardzielem z krwi i kości, który wie, czego chce. Był trochę przytłoczony, ponieważ tak wiele rzeczy nie pasowało tutaj do Liama Atwooda, dzieciaka, który powinien zostać lekarzem, tak jak jego starszy brat. Może właśnie dlatego był dzisiaj tutaj, choć było to nielegalne i niebezpieczne? Od zawsze był w cieniu Marshalla. Może teraz był to jego moment i nikt inny nie był ważniejszy od niego?
- Atwood, gotowy do walki? - zapytał Calvin Cliffe, jego rówieśnik. To on namówił go, by brał udział w nielegalnych walkach w podziemiu. Sam się nie bił, ale zażądał połowy zarobionych na walce pieniędzy, w końcu to on go zwerbował i należało mu się.
- Nogi mam jak z waty... - powiedział Liam i rzeczywiście nie czuł się najlepiej.
- Spokojnie, młody, to normalne - Calvin poklepał go po plecach, również drżących z tych nerwów. - Wchodzisz tam, tłuczesz kolesia, zabierasz kasę, a potem idziemy uczcić twoje zwycięstwo.
- On nigdzie nie idzie - wtrącił nagle głos, który pojawił się znikąd.
- Dylan, co ty tu... - gorączkował się Liam, jednak przyjaciel postanowił go ignorować. Zaczął pakować jego rzeczy do torby, po czym rzucił w niego jego dżinsami. - Przebieraj się i spadamy.
- Porąbało cię? - wrzasnął Calvin. - Chłopak nigdzie nie idzie, ma walkę.
- Chcesz to sam sobie idź walczyć, proszę bardzo, ale Liama w to nie wciągaj, bo pożałujesz.
- A ty co, jego anioł stróż? - zapytał i roześmiał się, po czym podszedł bliżej Dylana i przydusił go do ściany. - Słuchaj, ty...
- Nie, to ty słuchaj, śmieciu - Dylan wykręcił mu się i teraz to Cliffe był przyparty plecami do muru. Nic dziwnego, w końcu Dylan był o wiele od niego silniejszy. - Pożałujesz, jeśli jeszcze kiedykolwiek postanowisz zwerbować mojego przyjaciela do tych swoich żałosnych gierek. Chcesz się bić, to proszę bardzo, ale ze mną.
Zapadła cisza, a wszyscy trzej pożerali się nawzajem wzrokiem. Dopiero po chwili Dylan wypuścił Calvina, który ze zbolałą miną wyszedł z szatni. Liam uśmiechnął się do przyjaciela, choć ten nie odpowiedział mu tym samym.
- Co ja obiecałem twoim starym? - zapytał Dylan. - Że przypilnuję, żebyś nie robił żadnych głupstw. A ty co?
- Może bym wygrał tą walkę...
- Z tymi flakami zamiast mięśni? - wypalił Parks prosto z mostu. - Chcesz, to ci pomogę i jeszcze będzie z ciebie bokser, ale nie rób żadnych interesów z tym typem, zrozumiano?
- Co ty masz do tego Calvina?
- Po prostu znam się na ludziach - odparł. - Prędzej czy później ten koleś by cię oszukał, przecież widać po samej mordzie, że jest parszywy. Nie ufaj mu, a dobrze na tym wyjdziesz. I słuchaj się mnie, bo jestem starszy.
- O kilka miesięcy! - zaperzył się Liam, naburmuszony jak dziecko. Widząc jednak uśmiech przyjaciela, rozluźnił się i zaczął przebierać. Nie uważał, że Cliffe mógłby go okłamać, mimo to postanowił nie sprzeczać się z Dylanem. Z nich dwóch to on był rozsądniejszy i choć obydwaj popełniali błędy, to Dylan był człowiekiem godnym zaufania aż po grobową deskę.
Teraz to wszystko wyglądało o wiele mniej szlachetnie w oczach Liama, niż przedtem. Dylan był na niego obrażony, już nie zachowywał się jak jego starszy brat, taki wymarzony, którego nigdy nie miał (naprawdę nie lubił nazywać Marshalla swoim bratem). Może to jest właśnie ten moment, by przestać słuchać opinii Dylana i zacząć żyć po swojemu, chodząc ścieżkami wybranymi przez siebie, a nie wyznaczonymi przez Parksa?
Mężczyzna odwrócił się i poczuł jakąś taką dziwną satysfakcję, gdy zobaczył, że Calvin jeszcze się nie oddalił.
- Albo wiesz co? - zapytał Liam i nawet się uśmiechnął. - Chodźmy na to piwo i porozmawiajmy.
Calvin uśmiechnął się tak promiennie, jak tylko on potrafił, po czym znów poklepał bruneta po ramieniu o obydwaj wstąpili do pierwszego lepszego baru.
Dziwnie się czuła, siedząc na kanapie w ich salonie, w tym pomieszczeniu, które budziło tak wiele niewygodnych wspomnień - niewygodnych dlatego, że wtedy byli tacy szczęśliwi, a dziś nawet nie umieli na siebie patrzeć. Pamiętała te wszystkie spotkania, na których prócz niej byli tylko Chelle, Dylan i Liam. Kiedy małżeństwo tak bardzo się kochało, a między nią i Liamem nie było absolutnie żadnej chemii. Tęskniła za tymi czasami tak bardzo, że to aż bolało. Była też zdziwiona tym, że Michelle tak po prostu wpuściła ją do środka. Spodziewała się, że będzie udawała, że nie ma jej w domu, albo po prostu wygoni ją, odprawiając z kwitkiem. Tak się jednak nie stało. Kiedy Victoria zapukała do drzwi, Michelle niemal od razu wpuściła ją do środka i poszła do kuchni, by zrobić im herbatę.
- Ja nie słodzę - wtrąciła Victoria, chcąc, by jej głos dotarł aż do kuchni.
- Wiem - odparła Chelle obojętnie i po chwili wróciła do salonu, niosąc dwie filiżanki.
- Jak się trzymasz? - zapytała Parks. - Pytam w swoim własnym imieniu.
- Przecież wiem - urwała Michelle. - Dylan już się mną nie interesuje.
- Boże, Chelle... - westchnęła Victoria. - Masz do niego o to żal? I czy naprawdę uważasz, że mój brat przestał się zastanawiać, jak się czujesz i czy wszystko w porządku?
- Gdybyś wiedziała, czym go tak wkurzyłam, że aż się wyprowadził, zmieniłabyś zdanie o mnie.
- Ale ja wiem o wszystkim - rzekła dziewczyna. - Jesteś w ciąży, prawda?
Michelle nie odpowiedziała, jedynie spuściła wzrok. Psycholog postanowiła nie naciskać i miała rację, bo Chelle po chwili znów spojrzała na swego gościa, a w jej oczach widoczna była złość.
- Ja wiem, że ty mnie teraz oceniasz - powiedziała. - Wiem, że w twoich oczach wyglądam na morderczynię bez serca, która chce usunąć ciążę, bo nie wie, czy będzie dobrą matką dla tego dziecka. Wiem, że nie rozumiesz, dlaczego chcę to zrobić i wiem, że ty tego nigdy nie zrozumiesz. Nie przeszłaś tego, co ja. Nigdy nie straciłaś swojego dziecka.
- Michelle, ja naprawdę rozumiem twój ból - Victoria ściszyła głos i usiadła bliżej dziewczyny, obejmując ją ramieniem. - Gdybyś była całkiem sama z tym wszystkim, byłabym w stanie zrozumieć, dlaczego chcesz wykonać aborcję. Ale przecież ty masz Dylana. Ten facet świata poza tobą nie widzi.
- Więc czemu go tu nie ma?
- Bo go stąd wyrzuciłaś, Michelle! - Victoria podniosła tym razem głos. - Dlaczego ty robisz jedno, a za chwilę zwalasz winę na kogoś innego? Zacznij wreszcie panować nad swoim życiem.
- A co, uważasz, że zachowałabyś rozsądek, gdybyś straciła dziecko? Gdyby ono było przez trzy lata nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim i nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze żyje? - rozkleiła się. - Przyszłaś tu po to, by prawić mi kazania? Dylan cię tu przysłał?
- Po części tak - przyznała. - Chciałam przede wszystkim prosić, abyś kontynuowała leczenie u mnie. Masz rację, nigdy nie byłam w twojej sytuacji i nigdy też nie chciałabym się w niej znaleźć, ale nadal chcę ci pomóc i wierzę, że z moją pomocą wyjdziesz na prostą. Powiedz mi, czy wracasz na terapię.
Zapanowała cisza, ale tylko na chwilę. Michelle zadziwiająco szybko pokiwała głową, sprawiając, że na twarzy Victorii pojawił się uśmiech.
- Jeszcze jedno - rzekła brunetka. - Dylan kazał ci powiedzieć, że on zamierza walczyć o to dziecko.
- Nie zmienię zdania - przerwała jej stanowczo Chelle. - Nie urodzę tego dziecka. Przykro mi.
Gdybym się tu położył
Gdybym się tylko tu położył
Położyłabyś się ze mną i zapomniała o całym świecie? *
Miała ogromne wyrzuty sumienia za tamten pocałunek z Liamem. To nie powinno się w ogóle wydarzyć. Kilka lat temu popełniła błąd, przez który niejedna osoba uroniła łzę. Obiecała sobie wtedy, że już nigdy nikogo nie skrzywdzi, nie oszuka, nie zrobi nic złego. Czy jeden pocałunek można już nazwać zdradą? Zresztą, to nie miało znaczenia. Faktem było to, że jej relacje z bratem Marshalla zaszły zdecydowanie za daleko. Nie potrafiła powiedzieć Marshallowi prawdy, nie umiałaby patrzeć na zawód w jego błękitnych oczach, w których tak bardzo uwielbiała tonąć. Plan był prosty: zapomni o nim i będzie trzymała kciuki za to, by mężczyzna nie tęsknił za nią za bardzo. Nie zasługiwał na coś takiego. Był świetnym facetem.
Zapukała do drzwi, zza których chwilę później wyjrzał lekarz. Nie uśmiechnął się na jej widok, jak to robił zazwyczaj. Nie mogła mieć do niego o to pretensji.
- Marshall, eee... - jąkała się. Jak to jest, że w głowie miała scenariusz ten sceny zapisany dziesięć razy, a kiedy już przyszło co do czego, język jej się plątał? - Posłuchaj, chciałam powiedzieć, że przepraszam.
- Za to, że wczoraj nie odbierałaś moich telefonów i szlajałaś się po mieście, nie wiadomo z kim? - spytał, a ona poczuła ulgę. Przynajmniej nie wiedział, że cały dzień spędziła z jego bratem. - Ale ja się nie gniewam.
- Marshall, nie utrudniajmy tego, dobra? Ja po prostu nie jestem ciebie warta. Powiedzmy, że zrobiłam coś głupiego, ale nie potrafię ci się do tego przyznać. Tak czy siak, chciałam, abyś wiedział, że nie żałuję naszej znajomości. Żałuję jedynie tego, że muszę ją tak szybko zakończyć.
- O czym ty mówisz, Flo? - zaśmiał się, a ona poczuła jeszcze większy żal. Tylko on tak ją przezywał. Dzięki temu czuła się jeszcze bardziej wyjątkowa.
- Marshall, zasługujesz na kogoś lepszego i już - urwała stanowczo. - Trzymaj się - dodała i odwróciła się, chcąc odejść, a z drugiej strony pragnąc, by chłopak powstrzymał ją. Nie potrafiła dokładnie opisać, co czuła, gdy mężczyzna złapał ją mocno za rękę i sprawił, że znów spojrzała prosto w jego oczy.
- Florence Moon, nie wiem, co ty dzisiaj piłaś, że wygadujesz takie bzdury, bo ja nie zamierzam cię wypuścić z rąk - rzekł, uśmiechając się. - Kurczę, wiesz, że nigdy nie byłem typem romantyka?
- Mam się czuć zaszczycona? - spytała, momentalnie zapominając o powodzie, dla którego tu dzisiaj przyszła.
- Przy tobie staję się lepszym człowiekiem - powiedział i, nie pytając jej o zgodę, pocałował ją. Obiema dłońmi objął jej policzki, pilnując, by przypadkiem mu nie uciekła. Ona wcale nie miała takiego zamiaru. Dzisiaj, tutaj, czuła się najlepiej na świecie. To było jej miejsce.
Właśnie tutaj powinna być.
Potrzebuję Twojego wdzięku
By przypomniał mi
Jak odnaleźć mój własny. *
OOO
Tak, jak powiedziałam, opublikuję ostatni odcinek Owned. Cieszy mnie to, że przywiązałyście się do tej historii i znalazłyście w niej coś, co Wam się spodobało. To wszystko jest dla Was.
Dziękuję za obecność, za słowa i za wszystko. Pozdrawiam :)
Snow Patrol - Chasing Cars *
Hej Kochana:* ciesze się, że podjęłaś taką, a nie inną decyzję. Według mnie postępujesz słusznie, bo niby dlaczego miałabyś zrezygnować z czegoś, co już od dawna masz zakończone? Teraz tylko publikować do ostatniego rozdziału :) ja osobiście bardzo się przywiązałam do tej historii, zresztą tak samo było też z poprzednimi opowiadaniami, więc w sumie Ameryki nie odkryłam :P ciesze się, że w końcu pojawiła się ta nowość, bo znów kazałaś nam długo na siebie czekać. Rozumiem, że teraz już rozdziały będą publikowane częściej, tak? :) mam nadzieję, bo moja ciekawość ostatnio bardzo mnie zadziwia :)
OdpowiedzUsuńZaskoczyła mnie wzmianka o przeszłości Liama. Nie sądziłam, że miał do czynienia z nielegalnymi walkami, a już z pewnością nie myślałam, że brał w nich udział. Ten chłopak nie ma łatwego życia. Nie wiem jak to jest, kiedy żyje się w cieniu starszego rodzeństwa, ale jeżeli już tak bardzo chciał zwrócić na siebie uwagę, to nie mógł wybrać czegoś rozsądniejszego? Pownien każdego dnia dziękować za to, że ma takiego przyjaciela jak Dylan. Gdyby nie on, to sama boje się pomyśleć, co by się działo z Liamem. Ta sytuacja z Victorią faktycznie nie wygląda zbyt ciekawie. Miała dziewczyna pecha, bo pojawiła się w jego mieszkaniu w nieodpowiednim momencie. Sama jestem ciekawa jak ona sama sobie to wszystko poukłada. Ja również uważam, że Liam nie jest facetem dla niej. Ale nie ukrywam, że jestem ciekawa jak też wyglądaliby razem jako para :) może z czasem zmieniłabym zdanie i stwierdziła, że jednak do siebie pasują? Sprawa z Dylanem jak dla mnie jest kompletnie niezrozumiała. Obraził się jak małe dziecko tylko dlatego, że ktoś ma własne zdanie? Proponowałabym, żeby się ogarnął, przemyślał sprawę i możliwe, że sam dojdzie do podobnych wniosków, które przedstawił mu Atwood.
Widzę, że postawa Michelle nie zmieniła się ani trochę. Jej rozmowa z Victorią uświadomiła mi, że chyba nie można się spodziewać żadnych zmian u tej kobiety. Jest egoistką do szpiku kości. Nie można za każdym razem jej bronić podając wciąż ten sam argument, że przecież jest taka biedna, bo straciła dziecko. Nie jej jednej się to zdarzyło. Na świecie są też inne pary, które dotyczy ten sam problem. Zapewne cierpienie matki jest ogromne, ale czy faktycznie trzeba tym cierpieniem obarczać wszystkich dookoła? Czasami mam wrażenie, że Michelle na siłe się tak zachowuje, żeby wzbudzić w innych litość. Nie wiem, czy faktycznie tak planowała, ale jeśli tak, to można powiedzieć, że częściowo jej się to udało. Tematu aborcji w ogóle nie poruszam, bo nie chce się denerwować, więc może przejdę dalej :)
Wyrzuty sumienia Florence w ogóle mnie nie dziwią. Chociaż ja sama teraz też się zaczęłam zastanawiać, czy można nazwać zdradą jeden pocałunek? Niby nic takiego się nie stało, ale każdy takie sprawy odbiera inaczej. Dla jednych byłaby to zdrada, a dla innych po prostu jednorazowy skok w bok. Zaczynam coraz bardziej skłaniać się ku temu, że Florence i Marshall do siebie pasują, ale nadal bardziej widziałabym ją u boku Liama.
Kochana, z niecierpliwością czekam na kolejne nowości.
Pozdrawiam i całuję :* :* :*
Rozdziały będą teraz co tydzień, na zmianę tu i na Mine Again - o ile pozwoli mi na to czas, a niestety muszę ogarniać historię i fizykę... Masakra.
UsuńJak tak czytałam Twój komentarz, to doszłam do wniosku, że w sumie to opowiadanie jest dla mnie ważne. Nie uważam go za swoje najlepsze, wiele wątków mogłam poprowadzić inaczej, ale nadal mogę chyba być z niego zadowolona, skoro Tobie się ono podoba :)
Dziękuję i pozdrawiam :) :*
Chwała Ci za to, że nie zrezygnowałaś z tej historii. To opowiadanie ma swój klimat, swoją emocjonalność i własny sens. Z każdej Twojej historii można wyciągnąć coś dla siebie, coś co osiada głęboko w głowie i powraca w najmniej oczekiwanym momencie. I to jest fantastyczne! :)
OdpowiedzUsuńZ wszystkich bohaterów to jednak Liam jest moim ulubieńcem. Szkoda mi Go, bo tak naprawdę to on ma ciągle pod górkę i jako jedyny nie użala się nad sobą, tylko bierze się z życiem pod pachy i brnie do przodu. Podziwiam Go za to. W ogóle się w nim zauroczyłam. Szkoda mi jedynie przyjaźni między Dylanem i Liamem. Mam nadzieję, że jakoś uda nim się to naprawić. A dawny znajomy nie spowoduje negatywnej rewolucji w życiu Liama i nie sprowadzi go na złą drogę.
Może to, co teraz powiem będzie nie na miejscu, ale mam to gdzieś.. Po prostu ta dziewczyna działa mi tak na nerwy, że nie mogę się powstrzymać. Błagam, uratuj dziecko, a uśmierć Michelle, bo ona jest tak irytująca, że nie mogę jej znieść. Gdybym tylko miała okazję, to powiedziałabym jej parę słów.. Ach.. biję brawo. Pierwszy raz jakaś postać AŻ tak mnie denerwuje! I to byłoby na tyle odnośnie tego fragmentu.
Sama już się lekko pogubiłam w tym wszystkim, bo myślałam, że między Liamem i Florence coś się rodzi, a teraz okazuje się, że Liam jednak czuje coś do Victorii, a Florence woli jednak Marshalla. Ale kto powiedział, że uczucia są proste? Nikt, bo takie nie są. Więc to skomplikowanie uczuć i myśli widać tutaj najlepiej i wydaje się być bardzo... realne. :) Strasznie podobał mi się ten fragment i chyba pierwszy raz pomyślałam o Marshallu pozytywnie.
Cudowny odcinek, czekam na kolejny ! :)