Od jakiegoś czasu nie liczyła dni, nie spoglądała na kalendarz i nie dostrzegała, jak szybko przelatywały kolejne minuty między jej palcami. Nie interesował ją czas, który upływał na niemal samotnym rozmyślaniu o wszystkim - o przeszłości, teraźniejszości i tym, co jeszcze nieznane. Wiedziała, że jej życie, choć nie było idealne od tak dawna, pewnego dnia znów będzie ją radować. Wystarczy tylko troszkę poczekać, a nad jej głową znów zaświeci słońce.
Michelle uniosła powieki i niemal natychmiast wstała z łóżka, podchodząc do okna i przeciągając zasłony. Promienie słońca zaślepiły ją, co zamiast zdenerwować, jedynie poprawiło jej nastrój, już i tak zaskakująco dobry. Spojrzała na jesienne liście leżące na ziemi, na dzieciaki robiące z nich bukiety i na rodziców, którzy ganili ich za to, w trosce o to, by nie pobrudzili rękawiczek. Wszystko w jakiś taki niewyjaśniony sposób cieszyło Chelle i dopiero po chwili zlokalizowała przyczynę jej uniesienia - miała dzisiaj urodziny.
Od razu przeczuwała, że dzień ten, mimo całkiem pozytywnego początku, będzie wyglądał o wiele gorzej, niż przed laty, przede wszystkim dlatego, że spędzi go bez Dylana i Benjamina. Jej mężczyźni, których tak bardzo kochała, nie mogli jej teraz towarzyszyć, choć oddałaby wszystko, aby cofnąć czas, nie wypowiedzieć niektórych słów na głos i nie spuścić oka ze swojego dziecka. Jej życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, ale przecież nie zmieni przeszłości - ona już się wydarzyła i nic nie mogła na to poradzić. Takie jest właśnie życie - musimy ponieść konsekwencje i niekiedy żałować tego, co zrobiliśmy w przeszłości. Właśnie dlatego warto dwa razy zastanowić się, zanim coś się powie lub uczyni - żeby potem nie żałować i w dniu swoich urodzin nie zostać całkiem samemu, jak palec. Niby dzień jak co dzień, a jednak wyjątkowy i każdy chciałby spędzić go w towarzystwie osób najbliższych swemu sercu.
Kobieta podeszła do szafy, którą otworzyła i bez zawahania sięgnęła po zieloną bluzę. Przytuliła ją do twarzy, próbując uchwycić doskonale znany sobie zapach mężczyzny, po czym usiadła znów na łóżku, dając się zaczarować wspomnieniom.
Młoda dziewczyna siedziała przy oknie, rysując palcem trasę dla kropel deszczu, sunących po szybie beztrosko. Kiedy tylko usłyszała kroki matki za swoimi plecami, odwróciła się do niej.
- Musiałaś mnie urodzić jesienią? - zapytała Michelle, a jej rodzicielka uśmiechnęła się, stawiając herbatę na stoliku córki. - W tak paskudną pogodę?
- A wiesz, że kiedy cię rodziłam, też padał deszcz? Na niebie pełno było szarych i granatowych chmur, wiał straszliwy wiatr, a ja i twój ojciec ledwo dojechaliśmy do szpitala.
Chelle uśmiechnęła się. Słyszała tę opowieść wiele razy, jednak zawsze uwielbiała patrzeć na twarz swojej matki, kiedy mogła powrócić do tamtych chwil. Kochała swoją córkę z całego swojego serca i widać było, że doceniała każdy dzień, jaki mogła z nią spędzić.
- Kiedy pojawiłaś się na świecie, twój ojciec zauważył, że za oknem przestał padać deszcz - powiedziała kobieta. - Powiedział, że nasza mała Michelle pojawiła się po to, by uczynić świat piękniejszym.
- Uważasz, że tak jest? - spytała Chelle. - Ja nawet nie mam chłopaka, chociaż niektóre moje koleżanki mają już nawet mężów. Widocznie żadnemu nie podoba się to moje rzekome piękno.
- Ten sympatyczny młodzieniec, który stoi pod naszą furtką, chyba ma na ten temat inne zdanie - rzekła jej matka i wyszła z pokoju, nie przestając się uśmiechać.
Michelle w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co jej chodziło, po czym wyjrzała za okno i osłupiała. Przez obrazek namalowany na szkle przez strugi deszczu, przebijała się twarz Dylana, który wyraźnie marzł, będąc w cienkiej, zielonej bluzie, po czym jednak rozpogodził się, kiedy tylko ją zobaczył.
Kiedy zobaczyła go znów za oknem, pomyślała, że to przywidzenie. Oprzytomniała dopiero, gdy do jej uszu dotarł dźwięk dzwonka. Owinęła się luźnym, kremowym sweterkiem, po czym zeszła po schodach na dół i, po szybkim poprawieniu fryzury palcami, otworzyła drzwi.
To, co zobaczyła, nie do końca zgodne było z jej marzeniem. Na pierwszym planie, tuż u progu, stała Victoria, w rękach trzymając nieduże pudełko, po bokach owiązane różową wstążką. Ze środka wyglądał szczeniaczek.
- Wszystkiego najlepszego, Michelle! - powiedziała Victoria i podsunęła pudełko wraz z zawartością nowej właścicielce zwierzaka. Chelle nie mogła oderwać wzroku od bohatera drugiego planu, czyli Dylana, który stał blisko dwa metry dalej, z rękami w kieszeniach i zerkając tylko ukradkiem na żonę, jakby się jej wstydził albo obawiał. Nie wyglądał jak ktoś, kto chce podłączyć się do składania życzeń. - Oczywiście to nie jest prezent ode mnie.
- To dlaczego ty mi go dajesz? - spytała Michelle, mimo wszystko starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo zdołowała ją ta sytuacja. Słysząc jej słowa, Dylan podniósł wzrok i skinął głową. Nie były to takie życzenia, o jakie jej chodziło, z drugiej strony doceniała sam fakt, że przyszedł. - Może wejdziecie do środka? - zaproponowała Michelle.
- Ja bardzo chętnie - rzekła Victoria błyskawicznie i przeszła przez próg, przejmując psa od gospodyni i zostawiając małżeństwo sam na sam.
- Ja sobie pójdę - wymruczał po krótkiej chwili niezręcznego milczenia Dylan.
- Dobrze - odparła lekko. - To cześć.
- Trzymaj się - skwitował i odszedł, wbijając wzrok w ziemię.
Michelle zamknęła drzwi i wróciła do Victorii, która siedziała na podłodze w salonie i bawiła się ze szczeniaczkiem, będąc w swoim żywiole. Gdy zobaczyła Chelle, uśmiechnęła się, próbując rozładować napięcie. Była zdziwiona tym, iż kobieta trzyma się tak dobrze, choć spotkanie z Dylanem na pewno nie należało do najprzyjemniejszych.
- Mogę o coś spytać? - Michelle usiadła na kanapie i zaczęła bawić się frędzelkami swetra. - Czy Dylan sam zaproponował, że tu przyjdziecie, czy...
- Wiedziałam, że o to zapytasz - przerwała jej Victoria. - Będę z tobą szczera. Dylan wrócił wczoraj do domu z malutkim psem i domyśliłam się, że ma to być prezent urodzinowy dla ciebie. Poprosił, żebym ci go przekazała, ale powiedziałam mu, że jeśli nie chce wyjść na idiotę, powinien sam to zrobić. Mimo to, zachował się dzisiaj jak dziecko, ale mam nadzieję, że nie masz mu tego za złe.
- Skądże - odpowiedziała Michelle i nawet się uśmiechnęła. - Cieszę się, że przynajmniej mogłam go dzisiaj zobaczyć.
- Wszyscy chcieliśmy, żebyś dzisiaj nie była sama - powiedziała Victoria, na co Chelle zaśmiała się cicho pod nosem, wstała z kanapy i rozprostowała się.
- Przecież ja nie mogłabym być sama - rzekła, a Parks spojrzała na nią ze zdziwieniem. Michelle była przekonana, że Victoria nie zrozumiała sensu wypowiedzianych przez nią słów, albo nie mogła uwierzyć w to, czego się właśnie dowiedziała. Kobieta ściągnęła sweterek i pokazała brunetce swój delikatnie zaokrąglony brzuszek.
Słyszałam tak wiele słów,
Ale nie miałam odwagi.
Teraz się żegnamy.
Nie chcę za tobą tęsknić tej nocy. *
Szli w milczeniu, kiedy ich dłonie, niby przypadkowo, splotły się i stworzyły jedno. Nagle mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na nią spode łba.
- Nie mówiłaś mi, że potrafisz sprawiać, że deszcz przestaje padać - powiedział, a Michelle uniosła wzrok i dopiero teraz zauważyła, że rzeczywiście pogoda poprawiła się, odkąd tylko wyszła z domu. - Słuchaj, chciałem pogadać. Zapewne pamiętasz, że to tutaj, na tej plaży, poznaliśmy się jakiś czas temu. Byłem wtedy z kolegami, trochę podpity i raczej nie wyglądałem zachęcająco, bardziej odpychająco. A jednak w twoich oczach widziałem taką niesamowitą...
- Ufność? - zapytała, czytając mu w myślach. - Dobrze ci z oczu patrzyło.
- Nawet wtedy? - zdziwił się. - Michelle, ja byłem trochę...
- Wstawiony, wiem, ale co z tego? - roześmiała się. - Przecież ty naprawdę jesteś dobrym człowiekiem. Nie pomyliłam się co do ciebie.
Chłopak zaniemówił. Jeszcze nikt przedtem nie ocenił go w tak przychylny sposób. Wszyscy widzieli w nim tylko mięśniaka, a ona jedna zajrzała głębiej i odnalazła w nim coś, czego nawet sam w sobie przedtem nie dostrzegał.
- Nie wiem, czy wiesz, ale dzisiaj są moje dwudzieste drugie urodziny - rzekła, kiedy Dylan zaczął przybliżać się tak, jakby chciał ją pocałować. - Życzę sobie, aby...
- Nie mów tego na głos! - powstrzymał ją w ostatniej chwili, ona jednak zbagatelizowała jego słowa.
- A więc życzę sobie, aby...
Dylan przywarł ustami do jej ust, a dłońmi objął ją w pasie. Dziewczyna dopiero po chwili odsunęła go od siebie, nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło.
- Przepraszam - powiedział po chwili, próbując ukryć przed nią swoje zakłopotanie. - Po prostu musiałem cię uciszyć, bo inaczej twoje życzenie na pewno by się nie spełniło.
- Będziesz mnie co roku uciszał w tak przyjemny sposób? - zapytała i zatrzepotała wdzięcznie rzęsami.
Zapadła cisza, którą po chwili przerwał jej pisk, a jego stęk zawodu, bowiem z nieba znów zaczęły lać się na ziemię strugi lodowatego deszczu.
- Zamarzam! - krzyknęła Michelle, po chwili wybuchając śmiechem, bowiem Dylan zdjął bluzę i natychmiast zarzucił na jej ramiona.
- Jeśli tylko mi pozwolisz, zawsze będę cię tak uciszał - rzekł głośno, wracając do tematu i mając nadzieję, że jego głos przebił się przez hałas tworzony przez krople deszczu, mocno uderzające o morską taflę.
Michelle nic mu nie odpowiedziała, jedynie ujęła jego dłoń i oboje, mimo chłodu, usiedli na plaży, ciesząc się tym, że mogą spędzić ten czas tak, jakby byli na końcu świata - tylko oni dwoje.
Mijały godziny, za oknem zrobiło się już ciemno, a Michelle i Victoria nawet nie zwróciły uwagi na to, jak szybko czas leciał. Rozmawiały o wszystkim, unikając nieprzyjemnych tematów, jednak Parks musiała w końcu zadać to najważniejsze pytanie i obydwie doskonale zdawały sobie z tego sprawę.
- Michelle, dlaczego nie powiedziałaś Dylanowi, że nie usunęłaś tej ciąży? - spytała dziewczyna, odgarniając pasmo ciemnych włosów za ucho.
- Może gdyby dzisiaj nie uciekł tak szybko...
- Nie obraź się, ale jakoś ci nie wierzę - rzekła Victoria. - Obstawiam, że przemilczałabyś to i czekała, nie wiadomo, na co.
- Możliwe... - powiedziała. - Niedługo to i tak będzie już nie do ukrycia. Powoli przestaję się mieścić w swoje stare ubrania.
- Na kiedy masz termin? - spytała Victoria, rozpromieniona faktem, że pomimo wszelkich utrudnień, w ostateczności znów zostanie ciocią.
- Na kwiecień - odrzekła Chelle. - I mam nadzieję, że do tego czasu Dylan mi wybaczy.
- Gdybyś tylko się postarała, wybaczyłby ci nawet dzisiaj.
- Victoria, przecież to niemożliwe - zapierała się, gładząc swój brzuch. - Ja wiem, że go zraniłam. Nawet, jeśli nie usunęłam ciąży, to przecież samo to, że przeszło mi to przez myśl, jest wystarczającym powodem, by mieć mnie gdzieś.
- Wiesz co? Ostatnio zwątpiłam w miłość. Nadal w nią nie wierzę i nie sądzę, abym kiedykolwiek miała tyle szczęścia, co wy dwoje. Ja nigdy nie znajdę swojej drugiej połówki, bo ona nawet nie istnieje. Ale musisz wiedzieć, że wierzę w ciebie i w mojego brata. On cię naprawdę kocha.
- Jak długo jeszcze będziesz to powtarzać? - Michelle załamała ręce, po czym wstała i zajrzała do pudełka, w którym umościł się jej pies. Nagle zauważyła kartkę, która wcześniej umykała jej uwadze. Rozwinęła papier, a kiedy rozpoznała jego charakter pisma, poczuła motylki w brzuchu.
,,Naprawdę uczyniłaś mój świat piękniejszym''.
Niemal w tym samym momencie, po domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Michelle przeprosiła Victorię, po czym zostawiła ją samą i otworzyła drzwi, zastanawiając się, kto to mógł być. Zanim zdążyła dopuścić do siebie myśl, że u jej progu stał Dylan, mężczyzna pocałował ją dokładnie tak, jak dawniej - tak, jakby ona nigdy go nie zawiodła i jakby nigdy nic się między nimi nie popsuło. Przez chwilę wierzyła, że jakimś cudem mąż wybaczył jej wszystko i zrozumiał, że dzień jej urodzin to najlepsza data na to, by powiedzieć jej, że jeszcze wszystko da się naprawić. Właśnie wtedy mężczyzna odsunął się od niej, a na jego twarzy zagościła grobowa powaga.
- Przepraszam, ja po prostu prawie zapomniałem, że miałem cię uciszyć i uratować twoje życzenie - powiedział, a ona uśmiechnęła się, mimo, iż brunet nie odwzajemnił tego.
- Jak długo jeszcze będziesz mnie przepraszał po pocałowaniu mnie? - zapytała. - Tak, jakbyś nie wiedział, że nigdy nie czuję się lepiej, jak wtedy, kiedy ty jesteś przy mnie.
Dylan chciał się odwrócić jak najszybciej, byle Michelle nie zauważyła uśmiechu na jego twarzy i rumieńców na jego policzkach, jednak ona nawet nie musiała na niego patrzeć - właśnie takiej reakcji się spodziewała i po cichu na nią liczyła. Chłopak odszedł w ciszy, a ona poczuła się tak, jak za dawnych lat. Dopiero teraz w myślach wypowiedziała swoje urodzinowe życzenie, wiedząc już, że na pewno się ono spełni.
Wracam, nareszcie. Chciałam codziennie zostawić tutaj przynajmniej dwa komentarze, ale niestety przez pracę w poprzednich dniach mi się to nie udało. Ale dzisiaj już nie mogłam się powstrzymać, tzn nie potrafiłam powstrzymać swojej ciekawości, dlatego jestem tu dzisiaj :)
OdpowiedzUsuńNigdy nie chciałam nawet tak myśleć, a co dopiero pisać, ale prawda jest taka, że Michelle sama sobie zasłużyła na takie traktowanie. Oczywiście wszyscy mieli na uwadze jej cierpienie po stracie dziecka, ale dla mnie naprawdę do teraz jest niezrozumiały fakt, że obarczała tą winą wszystkich dookoła. Przecież tak naprawdę nikt nie był winny zaginięciu Benjamina. Tak jak już kiedyś pisałam mogło się to przydarzyć każdej innej rodzinie, ale pech chciał, że padło akurat na Parksów. Ja nadal wierzę w odnalezienie Bena i chciałabym chociaż przez chwilę pomyśleć dobrze o Michelle. Osobiście uważam, że to nie jest zła kobieta. Po prostu się pogubiła w tym wszystkim przez co została z tym wszystkim kompletnie sama. Mały piesek na prezent urodzinowy był przeuroczym prezentem :) nie mogłam powstrzymać uśmiechu na twarzy, kiedy o tym czytałam :) faktycznie Dylan zachował się jak dziecko prosząc Victorię o przekazanie prezentu od niego, ale czy można mieć do niego jakiekolwiek pretensje? On potrzebuje czasu, musi sobie to wszystko ułożyć w głowie po swojemu i wtedy zobaczymy jak to dalej będzie. W tym rozdziale dałaś mi powód do myślenia o tym, że Michelle jednak nie jest taka zła. Strasznie się ucieszyłam faktem, że nie usunęła ciąży. Gdzieś tam wierzyłam, że tego nie zrobi, mimo ogromnego uporu i determinacji, ale z drugiej strony, która matka potrafiłaby aż tak skrzywdzić swoje dziecko? Oczywiście są wyjątki, ale nawet myśleć o tym nie chce, bo trzeba w takim przypadku nie mieć po prostu serca. Ostatni fragment był wręcz uroczy :) ja też chciałabym, żeby mój chłopak w ten sposób mnie uciszał :) Victoria ma rację. Dylan wciąż kocha Michelle tak samo mocno jak wcześniej mimo tego zawodu odnośnie aborcji. Ja i tak wierzę, że będą jeszcze szczęśliwi tak jak dawniej :) myślę, że to tylko kwestia czasu.