Nadszedł czas, mój drogi, byś wyszedł i nie wracał. Gdyby to ode mnie zależało, zamknęłabym cię tu na klucz i rozkoszowała się twoją obecnością już zawsze, ale wiem, że lepiej będzie dla ciebie, jeśli o mnie zapomnisz. Nie jestem tą jedyną. Nie jestem dla ciebie odpowiednia. Ale żałuję, że cię poznałam, bo gdyby nie tamto nasze natknięcie się na siebie na ulicy, może dziś nie cierpiałabym tak bardzo, żegnając się z tobą.
Śnieg skrzypiał urokliwie pod ciężarem jej ciała, kiedy stawiała kolejne kroki na swej dzisiejszej trasie. Minęły ponad dwa miesiące, odkąd rozmawiali po raz ostatni. Był już luty i przez ten czas wiele rzeczy uległo zmianom. Przede wszystkim, doszły ją słuchy, że Liam zamieszkał z Victorią i stara się być jak najlepszym przyszłym tatą ich dziecka. Florence z całych sił pragnęła wierzyć w to, że chłopak sprawdzi się w nowej, jakże trudnej i wymagającej roli. Znała go jako lekkoducha, który uwielbia żyć pełną piersią, nie oglądając się za siebie i nie zastanawiając się, co pomyślą inni. Teraz musiał zacząć liczyć się również z innym człowiekiem, musiał dbać o matkę swojego dziecka, a kiedy to przyjdzie na świat, zaopiekować się nim i zapewnić mu bezpieczeństwo. I choć Liam wiele razy w swoim życiu potykał się o własne nogi, Florence w niego wierzyła - w końcu pojawienie się tej małej istotki, potrafi człowieka zmotywować do zmian. Doszły ją też słuchy, że Michelle w zeszłym tygodniu opuściła szpital, jednak wciąż musi bardzo na siebie uważać, gdyż jej ciąża jest zagrożona. Istnieje ryzyko, że konieczne będzie wywołanie porodu w siódmym miesiącu. Dylan z pewnością był dla Chelle wsparciem w tych ciężkich momentach, choć nadal nie udało im się odbudować tego, co kiedyś ich łączyło. Skąd Florence wiedziała to wszystko? To zadziwiające, ale głównym przekaźnikiem informacji był właśnie Liam. Nie widywali się, choć on tak bardzo nalegał na spotkanie, przynajmniej na początku. Potem przestał, widocznie zniechęcony tym, że ona wciąż odmawiała. Doceniała jego starania, ale nie miała do niego żalu o to, że się poddał. Niemalże zmusiła go do tego swoim zachowaniem. Celowo odpychała go od siebie, by teraz nie musieć cierpieć podwójnie. Tak jakby już pożegnała się z Liamem, teraz czekało ją tylko spotkanie z jego bratem. Dojrzała do tej chwili, a w każdym razie coś jej podpowiadało, że teraz albo nigdy, że już nie ma sensu dalej czekać. Przecież i tak nie ucieknie przed wyznaniem mu prawdy, choćby biegła szybciej, niż najdziksze zwierzę. Zadzwoniła dzwonkiem do jego drzwi, błagając siebie samą w duchu, aby dała radę i aby godnie zakończyła ten rozdział swojego życia.
- Florence? - zapytał Marshall, choć na początku, kiedy ją zobaczył, na jego twarzy zagościło szczere zdumienie. Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową. - Wejdziesz do środka?
- Z przyjemnością - odparła i przeszła przez próg.
Wszystko pachniało tu znajomo, tak, jak to zapamiętała. Nigdzie indziej na świecie nie było przyjemniej zasypiać i budzić się, ponieważ doświadczała takich chwil tylko tutaj i tylko z nim. On był dla niej kimś naprawdę wyjątkowym, kogo za nic w świecie nie chciałaby zranić. Usiadła na kanapie w salonie, podczas gdy on wciąż stał w miejscu, nerwowo się jej przyglądając.
- Przepraszam, ale po co właściwie przyszłaś? - spytał mężczyzna. - Nie dość, że niezapowiedzianie, to jeszcze po prawie trzech miesiącach ciszy. Mogłaś przynajmniej się odezwać.
- A ty nie mogłeś? Nie przypominam sobie, żebyś do mnie zadzwonił chociaż raz, odkąd zabrałam swoje rzeczy z tego mieszkania i wyprowadziłam się od ciebie.
Chłopak westchnął.
- Nie mam do ciebie pretensji - dodała pospiesznie. - Po prostu mnie wysłuchaj, o nic więcej cię nie proszę. Potem już sobie pójdę.
Nie odpowiedział nic. Po namyśle zajął miejsce naprzeciwko niej, wpatrując się za okno i dopiero po chwili przenosząc wzrok ku jej wielkim, błękitnym oczom.
- Byłam młoda i naiwna. Widziałam, jak moje koleżanki idą na wymarzone studia, łatwo znajdują pracę i zarabiają tyle, by móc spełnić każdą swoją zachciankę. Ja tak nie miałam, życie od zawsze rzucało mi kłody pod nogi i miałam pod górkę. Długo szukałam zajęcia, aż w końcu odnalazłam je u Michelle Parks. Do dziś nie mogę zapomnieć buzi jej synka, był taki rozkoszny i bystry, naprawdę. Był tak inteligentny jak na swój wiek i tak samo uparty, jak jego mamusia. Uwielbiałam tego chłopca, słowo daję. Czułam się jak jego rodzona ciocia, z kolei Michelle była moją przyjaciółką. W którymś momencie zrozumiałam, że w tej pracy to nie zarobki są dla mnie najistotniejsze, lecz spotykanie się z tymi wspaniałymi ludźmi. Pokochałam ich. Tamtego dnia, siódmego maja, kiedy Benjamin zaginął, cały mój świat runął, a ja nie byłam w stanie tego powstrzymać. Dziś pamiętam wszystko wyraźniej, niż jeszcze kilka tygodni temu. Wizje z tamtego koszmarnego dnia nawiedzają mnie w snach, ale być może teraz sobie pomogę, jeśli wyrzucę to wszystko z siebie? Jeśli wciąż chcesz słuchać, bo jeśli nie, to mogę przerwać.
Marshall skinął głową, aby kontynuowała, a ona uśmiechnęła się, choć słowa, które wypowiadała, były niezwykle bolesne.
- W jednej chwili widziałam Bena, śmiałam się z niego, kiedy umorusał sobie całą buzię batonikiem, a w drugiej obraz przed moimi oczami zaczął się ściemniać. Wszystko zlało się z czernią, byłam bezsilna, nie mogłam nic zrobić. Pamiętam, że zostałam uderzona i naprawdę nie wiem, dlaczego nikt nie zareagował, przecież nie byliśmy wtedy na jakimś pustkowiu. Otworzyłam oczy, bojąc się, że to, co zobaczę, złamie mi serce na pół i nie myliłam się, bo kiedy zorientowałam się, że Benjamina nie ma obok mnie, poczułam się tak, jakbym umierała. Wyobrażałam sobie, co powiedzą Michelle i Dylan, kiedy dowiedzą się o wszystkim. Zastanawiałam się, co się stanie, jeśli chłopiec nie zostanie odnaleziony. Ludzie kazali mi wierzyć, że będzie dobrze, ale ja wiedziałam, że to bzdury. W moim życiu zawsze wszystko było popieprzone, więc czemu akurat wtedy miałabym liczyć na łut szczęścia? - Florence zamilkła, po czym podwinęła rękawki swetra. - Widzisz te blizny? Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, miałeś rację. One wcale nie powstały w żadnym wypadku, wymyśliłam to, żeby nie mówić ci o tym, co wydarzyło się naprawdę.
- Ale dlaczego ty to sobie robiłaś, skoro zostałaś uderzona i straciłaś przytomność? Przecież doskonale wiesz, że to nie twoja wina, że Benjamin zaginął.
- Ale jeśli to nie moja wina, to niby czyja? - zapytała. - Michelle ma rację, nie ufając mi i nie wierząc w moją niewinność. Gdybym była odpowiedzialna, chłopiec byłby dzisiaj ze swoimi rodzicami, cały i zdrowy.
- Florence, czego ode mnie oczekujesz?
Uśmiechnęła się. Marshall był taki kochany.
- Chciałam po prostu być z tobą szczera - odpowiedziała. - Od samego początku zasługiwałeś na to, abym mówiła ci tylko prawdę, ale ja nie byłam na to gotowa. Teraz, kiedy wiesz już wszystko, chcę, abyś razem ze mną zamknął tamten rozdział i zaczął coś nowego, lecz już beze mnie.
- Nie wygłupiaj się - parsknął. - Ja wiem, nie odzywałem się, ale to nie znaczy, że nas przekreśliłem. Możemy spróbować jeszcze raz, na pewno nam się uda...
- Nie, Marshall - przerwała mu. - Tak będzie lepiej.
- Lepiej dla kogo? - skrzywił się. - Bo dla mnie na pewno nie.
- Zaufaj mi - powiedziała. - Dzisiaj możesz mieć pewność, że wiem, co mówię. Jeszcze odnajdziesz szczęście, bo jesteś wspaniałym człowiekiem. Wiedz jednak, że zderzenie się z tobą w dniu, kiedy się poznaliśmy, należy do moich najpiękniejszych wspomnień i nigdy go nie zapomnę.
Uśmiechnęła się, kiedy ich twarze zbliżyły się do siebie. W jego oczach widziała bezsilność. Chciał ją zatrzymać, ale nie potrafił, bo przecież kazała mu zapomnieć o tym, co ich łączyło. Spuścił wzrok, pozwalając jej odejść. Już za nią tęsknił i wiedział, że jeśli nic nie zrobi, ta tęsknota będzie trwała wiecznie.
Jeśli odejdę, jeśli moje ciało zniknie, pewna cząstka mnie zawsze będzie żyła w twoim sercu, bo jeśli prawdziwie mnie kochałeś, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Czasami wydawało jej się, że bierze udział w jakimś przedstawieniu, wszystko bowiem było tu tak dziwne i nielogiczne. Liam jako przykładny mężczyzna, dbający o rodzinę, wracający na noc do domu i to samotnie, bez towarzyszącej mu, przypadkowo poznanej dziewczyny? Brzmi to jak żart, a jednak była to najprawdziwsza prawda. Zachowywał się tak, jakby wieść o tym, że zostanie tatą, odmieniła całe jego życie i wywarła na nim ogromne wrażenie. Victoria nawet w snach nie spodziewała się, że Atwood zareaguje w taki sposób. Sądziła, że zignoruje jej wyznanie o ciąży, że będzie udawał, iż nic się nie stało, tymczasem on przeszedł historyczną metamorfozę. Teraz również spędzali popołudnie razem, oglądając telewizję. Dziewczyna siedziała na kanapie, podczas gdy brunet leżał, z głową opartą na jej udach, przytulając ucho do jej brzuszka, jakby chcąc za wszelką cenę upewnić się, że pod jej sercem znajduje się jego dziecko. Było za wcześnie, prawdę mówiąc nawet nie było jeszcze po niej widać, że jest w stanie błogosławionym, jednak nie opłacało się mu tego tłumaczyć. On wiedział najlepiej i jeśli chciał usłyszeć bicie serca swojego pierworodnego, to nie należało mu w tym przeszkadzać.
- Czuję się tak, jakbym śniła - powiedziała Victoria marzycielskim tonem, odgarniając kosmyk ciemnych włosów za ucho. - Nigdy nie sądziłam, że potrafisz być taki...
- Cudowny? - dopowiedział, szczerząc się.
- Coś w tym stylu - przyznała bez ogródek.
- Teraz pomyśl, co to będzie, jak już się ten maluch pojawi na świecie - rzekł Liam. - Obawiam się, że mogę ześwirować na jego punkcie.
- Najważniejsze, żeby ci to szaleństwo nie przeszło - odrzekła smutniejszym tonem, którego jednak Atwood nie zdążył zauważyć, ponieważ jej słowa niemal zagłuszył dzwonek do drzwi, a potem energiczne uderzanie czyjejś pięści w drewnianą płytę.
W obojgu momentalnie zrodziła się obawa, że może to ci, którzy kilka miesięcy wcześniej wpędzili Liama do szpitala w ciężkim stanie, jednak kiedy ich niespodziewany gość zaczął wykrzykiwać ich imiona i nalegać, by mu otworzyli, oboje uspokoili się, a brunet podszedł do drzwi i otworzył je. Marshall wparował do środka nieelegancko.
- Musisz mi pomóc - powiedział zdyszany.
- Chyba się przesłyszałem - odparł Liam obojętnie. - Nie pomagam zdrajcom.
- A jeśli ci powiem, że chodzi o Florence, to co, zmienisz zdanie? - zapytał i trafił w jego czuły punkt. - Była u mnie dzisiaj, opowiedziała mi wszystko o Benie, a potem kazała mi o sobie zapomnieć. Powiedziała, że zniknie z mojego życia. Liam, ja dopiero teraz zrozumiałem, że ona chce sobie coś zrobić, bo to wszystko brzmiało jak jej ostatnie pożegnanie.
- Człowieku, wyluzuj - powiedział Atwood. - Florence i samobójstwo? Nie wierzę.
- Serio? A ty widziałeś kiedyś jej ręce? Całe są w bliznach od cięć nożem, rozumiesz? Ona jest w stanie zrobić wszystko, bo nie radzi sobie z rzeczywistością. Liam, błagam, pomóż mi ją odszukać, bo jeśli coś jej się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Więc teraz wiesz, co ja czułem, kiedy straciłem Lily - rzekł mężczyzna posępnie.
- Lily? - zapytała Victoria, do tego momentu jedynie przysłuchująca się rozmowie braci. - Liam, chcesz mi coś powiedzieć?
- Nie teraz - odparł nerwowo. - Marshall, to wszystko? Bo ja naprawdę mam inne zajęcia na głowie.
- Nie udawaj, że życie Flo cię nie obchodzi - prychnął lekarz. - Jeśli masz serce, w tej chwili ubierzesz kurtkę i wsiądziesz ze mną do samochodu, żeby pomóc mi w poszukiwaniu Florence. Nie mów, że sprawi ci przyjemność, jeśli i ja stracę ukochaną osobę, bo nigdy nie uwierzę w to, że jesteś aż takim egoistą.
Mężczyzna spojrzał na Parks, po czym zwrócił się do brata:
- Poczekaj w samochodzie.
Marshall wybiegł z mieszkania jak oparzony, wyraźnie usatysfakcjonowany tym, że może liczyć na Liama. Ten z kolei spojrzał znów na Victorię, która wyglądała na oburzoną.
- Wrócę najszybciej, jak tylko będę mógł.
- Nie wciskaj mi takich bajek, dobra? - syknęła złośliwie. - Już ci się znudziła rola perfekcyjnego mężczyzny i tatusia, co? Znowu jakaś inna kobieta jest ważniejsza ode mnie.
- Victoria, przestań się w to mieszać - przerwał jej stanowczo. - To są sprawy, które ciebie nie dotyczą.
- Tamta Lily też? - zapytała. - Czy ona też była dla ciebie tak nieważna, jak ja? Czy ją też na każdym kroku wystawiałeś do wiatru?
- Nie miałem na to czasu - odparł po namyśle. - Umarła, zanim zdążyłem w ogóle wyznać jej miłość, ale wiesz co? Jej nigdy bym nie skrzywdził, bo ją kochałem i dałbym się za nią pokroić na kawałeczki.
- I teraz mi mówisz, że mnie nie kochasz?
- Bingo! - krzyknął radośnie, po czym przewrócił oczami i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Nie powiedział jej prawdy. Kochał ją, ale była to zupełnie inna miłość. Victoria była dla niego bardziej jak siostra, niż jak kobieta, u boku której chciałby się zestarzeć, tylko wciąż nie potrafił jej o tym powiedzieć. Wiedział, że sprawił jej ból i że być może ona teraz płacze, ale co innego miał zrobić? To był właśnie Liam Atwood i jego typowe postępowanie, kiedy sytuacja robi się skomplikowana.
I każdego ranka jedyne, co mogę robić, to wierzyć w to, że nasza nadzieja jest prawdziwa i że kiedy to wszystko się skończy, kiedy moje życie przeminie, obudzę się w raju i będę mógł pobiec do ciebie*
Mężczyźni jechali w nieznane, a śnieg mieszający się z deszczem, spływał smętnie po szybach samochodu, w które Liam wlepiał tępo wzrok. Marshall nieoczekiwanie zatrzymał auto na poboczu i zmusił brata, by spojrzał na niego, choć ten wyraźnie nie miał na to ochoty.
- Wiesz, czego Florence mnie nauczyła? - zapytał brunet. - Że szczerość potrafi uleczyć cię z cierpienia. Kiedy opowiadała mi o swojej przeszłości, wyglądała tak, jakby chciała się rozpłakać, ale gdy skończyła i zrozumiała, że wyrzuciła wszystko z siebie i że powiedziała prawdę, uśmiechnęła się, odczuwając ulgę. Dzisiaj i ja chcę ją poczuć, dlatego daję ci to.
Marshall otworzył schowek i wyciągnął z niego białą, choć już nie nieskazitelnie czystą, lekko wymiętą kopertę.
- Co to niby jest? - spytał Liam niecierpliwie.
- Prawda - odparł i przekazał kopertę bratu, po czym przekręcił kluczyk w stacyjce i znów ruszyli przed siebie.
Nie mogła mieć do niego pretensji o to, że nie kocha jej tak, jak kiedyś. Wiele razem przeszli i to było do przewidzenia, że nie wszystko pozostanie nienaruszone po tych wszystkich burzach i zawieruchach. Nie było go stać na to, by obdarować ją uśmiechem, nie potrafił tak po prostu jej przytulić i nie walczył o każdą godzinę, którą mógłby spędzić przy niej. Być może nawet nie odwiedzałby jej w szpitalu, gdyby nie ich dziecko, które nosiła pod sercem? Samotność ją przytłaczała, ale nie zamierzała mu niczego wypominać. I kiedy tego dnia znów ją odwiedził w szpitalu, ucieszyła się, pomimo, że nie miała prawa powiedzieć mu, jak bardzo jej go brakuje. Nie chciała wszystkiego utrudniać jeszcze bardziej. Uśmiechnęła się do niego, jednak on tego nie odwzajemnił. Chodził niespokojnie po pomieszczeniu, oddychając nierówno. Chciała zapytać, ale bała się, że wywoła to u niego złość, dopiero po chwili zebrała się na odwagę.
- Dylan, co się dzieje? - spytała, a mężczyzna spojrzał na nią ze zdziwieniem, tak, jakby przez chwilę w ogóle nie pamiętał o jej obecności.
- Michelle, wiesz, że jestem dobrym człowiekiem i muchy bym nie skrzywdził? - zapytał, a ona pokręciła głową, przypominając sobie jego wybryki z przeszłości, kiedy bardziej przypominał Liama, niż tego obecnego siebie. - Ale to się zmieni, jak tylko poznam nazwisko człowieka, który porwał naszego syna. Przysięgam, że go zabiję, tymi rękami.
- Dylan, uspokój się, proszę...
- Chelle, ja mam się uspokoić? Ja? - zdenerwował się, a słowa te wypowiedział tak głośno, że aż pielęgniarka zajrzała do środka i skarciła go spojrzeniem. W tym stanie Michelle powinna jak najmniej się stresować.
- Dlaczego akurat teraz o tym myślisz? - zapytała dziewczyna łagodnie.
- Dostałem wezwanie na komisariat. Policja ustaliła po zeznaniach Florence, a także kilku świadków, którzy dotąd milczeli jak grób, tożsamość tamtego sukinsyna.
- Znasz już to nazwisko?
- Nie chcieli mi nic powiedzieć - odparł. - Zaraz tam jadę. Chciałem ci tylko powiedzieć, że jeśli zrobię coś głupiego po tym, jak już dorwę tego kolesia, to przynajmniej robię to w słusznej sprawie. Chelle, ja czuję, że jesteśmy już blisko rozwiązania tej cholernej zagadki.
- Proszę, uważaj... - powiedziała, jednak nie zdążyła dokończyć, gdyż Dylan właśnie wtedy wyszedł bez pożegnania.
Rozumiała jego emocje. W duchu przeklinała los za to, że w tej chwili nie mogła mieć ukochanego mężczyzny przy sobie, jako swojego wsparcia w trudnych momentach. Potrzebowała go, bo naprawdę bała się tego, co ustalili policjanci. Przez prawie cztery lata walczyła o to, by dowiedzieć się, co się tak naprawdę wydarzyło, tymczasem teraz, kiedy była już tak blisko prawdy, zrozumiała, że niczego nigdy nie bała się bardziej.
OOO
Tyrone Wells - Let Go *
Ten rozdział uznałabym za swego rodzaju spowiedź Florence. Dopiero teraz tak naprawdę poznaliśmy jej punkt widzenia i to, co naprawdę się wtedy wydarzyło. I teraz z całą pewnością mogłabym powiedzieć, że zaginięcie Bena nie było winą Florence. Co miała zrobić, kiedy została pobita i straciła przytomność? No właśnie nic i to jest w tym wszystkim najgorsze. Nie miała możliwości, żeby obronić siebie, a co dopiero dziecko. Ale Michelle jest matką i jej cierpienie po stracie ukochanego synka jest w tej sytuacji zrozumiałe. Takie przypadki nie zdarzają się na szczęście codziennie, ale ja nawet nie chcę sobie wyobrażać cierpienia tych ludzi. Na Florence też się to w jakiś sposób odbiło, przecież opiekowała się tym dzieckiem, na pewno się z nim zżyła i skoro sama powiedziała, że czuła się jak jego ciocia to oznacza, że nie traktowała tej pracy tylko pod względem zarobkowym. A tak poza tym Florence ma u mnie dużego plusa za to, że wreszcie się odważyła i wyznała Marshallowi całą prawdę. Obojgu im na sobie zależy, więc nie rozumiem dlaczego Florence tak po prostu odeszła. Też zaczynam się obawiać podobnie jak Marshall, że dziewczyna wpadła na jakiś pomysł i coś złego się stanie. Obym się myliła :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się z tym, że Michelle nie powinna mieć pretensji do Dylana o to, jak ją traktuje. Po części sobie na to zasłużyła, bo jeszcze nie tak dawno ona traktowała swojego męża dokładnie tak samo. Dylan też przeszedł swoje, wycierpiał tyle samo co Michelle, albo jeszcze więcej, ale ona oczywiście tego nie dostrzegała. Liczyło się przecież tylko jej cierpienie, bo nikt inny nie miał prawa mieć swoich odczuć w tej sprawie. Dylan tak się zachowuje, ale ja wierzę, że dalej kocha swoją żonę tak samo mocno. Chyba za dużo się na niego zwaliło w jednej chwili i musi to wszystko doprowadzić do ładu i składu. Podejrzewam, że wtedy poczuje się wolny i przede wszystkim szczęśliwy :) nawet ja sama się przeraziłam. Takiego Dylana jeszcze nie widziałam. Jest tak zaślepiony nienawiścią, że dosłownie go nie poznaję. Ja sama jestem ciekawa kto stoi za porwaniem Benjamina, więc czytam dalej :)