INFORMACJA

Witam po raz ostatni na Owned Me :) Po wielu trudnościach i wątpliwościach, postanowiłam ostatecznie opublikować resztę opowiadania, łącznie z epilogiem. Nie jestem maksymalnie zadowolona z tej historii, jednak pomimo błędów, niedociągnięć i tak dalej, Owned Me ma dla mnie wielką wartość sentymentalną i to się nie zmieni. Zostawiam Wam to opowiadanie w całości, ze specjalnym podziękowaniem dla Olki1992, bo walczyła o tą historię, jak lwica. Nadal jestem pod wrażeniem! :) Wiem, że ta historia nie jest idealna, ale z szacunku do tych, którzy przywiązali się do niej, daję Wam całość. Na dole macie wszystkie odcinki ;) Z czasem będę poprawiać zarówno koszmarne akapity, jak i wszelkie literówki i błędy, aby to opowiadanie było dopracowane trochę bardziej.

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali chociaż jeden rozdział, którzy podzielili się ze mną swą opinią i którzy tutaj byli! Jesteście częścią tej historii. Mam nadzieję, że będziecie ze mną wciąż na Mine Again.

DZIĘKUJĘ!

OWNED ME

9.09.2012 - 14.07.2013

14 lipca 2013

23. ,,Brakujący element układanki''


Od teraz w każdej minucie możemy robić co chcemy, gdziekolwiek. 
Tak bardzo chcę otworzyć twoje oczy, bo chcę, byś popatrzył w moje.*

       Brunetka z uśmiechem na twarzy wpatrywała się w mężczyznę, który wciąż nie wybudził się ze śpiączki. Niekiedy miała nawet przywidzenia, że jego powieki uniosły się, a wielkie oczy, w których pragnęła znów utonąć, wlepione były w nią tak, jak przedtem. Dziś mijały dwa tygodnie, odkąd Liam leżał w szpitalu i tak się jakoś dziwnie złożyło, że i Victoria była teraz pod obserwacją lekarzy. Udało jej się wyprosić od nich łóżko w tej samej sali, w której przebywał Atwood. Mogła cały czas mieć go na oku, bo też nie chciała przegapić momentu, w którym mężczyzna zakończy swój wyjątkowo długi, ciągnący się w nieskończoność sen.
       Nieoczekiwanie drzwi się otworzyły, a do środka zajrzała Michelle. Victoria skinęła lekko głową, gestem tym zapraszając kobietę dalej. Parks usiadła na krześle pomiędzy obydwoma łóżkami i spojrzała na Liama.
        - Takiemu to dobrze - zażartowała Chelle. - Wyleguje się przez dwa okrągłe tygodnie, też bym tak chciała - dodała i pogładziła swój brzuszek, rosnący w oczach.
        - Jak tam? - zapytała Victoria z zatroskaną miną.
        - Mała ostatnio daje mi popalić - powiedziała. - Wiesz, że już zaczyna kopać?
        - Może wyrośnie na piłkarkę? - zaśmiała się psycholog i dopiero po chwili zorientowała się, że nie powinna była tego mówić. Michelle na pewno natychmiast pomyślała o Benie i o tym, że być może nigdy nie dowie się, jakim byłby człowiekiem w dorosłym życiu.
        - Daj spokój - rzekła Chelle, odczytując myśli Victorii. - Chciałam raczej porozmawiać o tobie. Jak się czujesz?
        - Lepiej, dziękuję - odparła. - Lekarz powiedział, że zemdlałam po prostu z przemęczenia.
        - Dziwne - stwierdziła Michelle. - Nie wydawałaś się aż tak wyczerpana.
        Victoria odwróciła wzrok, w myślach zastanawiając się, czy powinna rozmawiać na ten temat z kimkolwiek, a zwłaszcza z Michelle. Postanowiła jednak wyrzucić to z siebie, musiała bowiem z kimś pogadać, a najwłaściwsza osoba do tej rozmowy, była w śpiączce.
        - Nie bardzo wiem, jak mam ci o tym powiedzieć - zaczęła Parks. - Widzisz, chodzi o to, że ja... ja chyba mogę być w ciąży...
        Michelle wyglądała tak, jakby się przesłyszała. Dopiero po chwili uśmiechnęła się łagodnie, choć po minie przyjaciółki rozpoznała, że nie jest to do końca radosna nowina.
        - Lekarze powiedzieli, że na dniach będę miała wykonane pierwsze badania, wtedy może wszystko będzie jasne.
        - A skąd w ogóle takie przypuszczenie? - zapytała Chelle. - Masz jakieś dolegliwości?
        - Żadnych - odrzekła natychmiast. - Ale wiem, że to całkiem prawdopodobne. Powiedzmy, że kiedy spędziłam noc z tamtym gościem, trochę za szybko przeszliśmy do rzeczy i zapomnieliśmy o jednym istotnym szczególe.
        Michelle uśmiechnęła się.
        - Ja wiem, że to zawsze jest zaskakujące, sama przecież nie planowałam tej małej wiercipięty - powiedziała, głaszcząc znów swój brzuszek. - Ale kiedy emocje opadają, czujesz, że to nic złego. A znam cię naprawdę długo i wiem, że jesteś odpowiedzialną dziewczyną i dasz sobie radę z nowymi obowiązkami.
        - Ja sama może i tak... - zamyśliła się Victoria. - Tylko, że jeśli ja rzeczywiście jestem w ciąży, będę chyba potrzebowała wsparcia ojca dziecka, prawda?
        Chelle skinęła głową twierdząco.
        - A Liam niestety nie należy do najlepszych kandydatów na idealnego tatusia - skwitowała.
      Jasnowłosa patrzyła na nią tak, jakby miała nadzieję, że brunetka zaraz powie, że tylko żartowała, jednak nic takiego się nie stało. Michelle poklepała ją więc po ramieniu, po czym spojrzała na Liama.
        - Trudno mi w to wszystko uwierzyć... Ty i Liam...
        - Chelle, mam do ciebie prośbę - rzekła Victoria. - Nie mów o tym Dylanowi. Sama mu powiem, jak już będę miała pewność, że jestem w ciąży. Póki co nie ma sensu go stresować.
        - Spokojnie, nic nie powiem - odparła. - Zresztą, my już nie potrafimy ze sobą rozmawiać tak, jak kiedyś.
      Kobiety rozmawiały ze sobą jeszcze dobrą godzinę, po czym Michelle musiała iść. Victoria znów wsparła głowę na dłoni i z rozmarzeniem zaczęła wpatrywać się w Atwooda.
        - Otwórz te swoje bezczelne oczy - powiedziała. - Muszę powiedzieć ci coś bardzo ważnego. Może zostaniemy rodzicami... - urwała nagle. Sama nie mogła uwierzyć, że to wszystko ma się tak skończyć. Oni dwoje jako opiekunowie ich dziecka? Oni dwoje jako rodzina? I wreszcie oni dwoje jako prawdziwa, zakochana w sobie po uszy i mogąca na sobie polegać para?


        Słowa nie są w stanie opisać, jak mocno Florence tęskniła za Marshallem. Wiedziała, że wystarczy po prostu opowiedzieć mu wszystko o swojej burzliwej przeszłości. Teoretycznie mała rzecz, prosta, którą mogła wykonać nawet teraz, z marszu. W praktyce zadanie to okazywało się jednak o wiele trudniejsze, niż na początku można było sądzić. Ona sama z trudem oglądała się wstecz, z drugiej strony robiła to każdego dnia, gdyż siedziało to w niej tak głęboko. Przez kilka lat walczyła, by zapomnieć, zagłuszyć sumienie, ruszyć jakoś do przodu i żyć dalej, jednak nigdy nie uwolniła się na dobre od wspomnienia tamtego dnia, który wywrócił cały jej świat do góry nogami.
        Kiedy tak próbowała skompletować każdą chwilę z siódmego maja, układając je niczym poszczególne elementy puzzli, cały czas brakowało jej tylko jednego fragmentu, by posiadać całość. Właśnie dlatego czuła się tak bezsilna. Tak naprawdę nie mogła nic nikomu udowodnić, bo nie pamiętała jedynej naprawdę istotnej, o ile nie najważniejszej, części tamtego dnia. Nie pamiętała twarzy tamtego mężczyzny. Czasami budziła się w nocy z krzykiem i wtedy miała wrażenie, że widziała go we śnie, jednak szybko jego wygląd ulatniał się z jej myśli. Było w nim coś, co sprawiało, że rozpoznałaby go wszędzie, ale nie potrafiła go narysować ani podać, jaki miał kolor oczu, włosów, jakiego był wzrostu i jakie miał na sobie ubrania tamtego dnia.
         Niespodziewanie ktoś chwycił ją mocno za ręce i zaciągnął w ślepą uliczkę, gdzie nikogo innego nie było - wszyscy bowiem trzymali się z daleka od tego miejsca. Mężczyzna był silny, Florence nie miała szans, by się mu wyrwać. Otworzyła oczy i dopiero wtedy poczuła, że jest w niebezpieczeństwie. Brakujący element układanki stał tuż przed nią.

     
         Spędzili ze sobą wspaniały czas, choć Lily wciąż przypominała mu, że to wszystko nie jest tak naprawdę rzeczywistością, lecz jego wyobrażeniem. Jeśli po śmierci miałby ją obok siebie już na zawsze, może powinien czym prędzej pomyśleć o skoku na bungee albo czymś jeszcze bardziej ryzykownym? Może od teraz powinien bez oporów balansować na krawędzi i igrać z życiem, bo nawet, jeśli zginie, trafi w to najdoskonalsze miejsce - prosto w jej ramiona?
         Ten dzień był jednak inny od poprzednich. Dziewczyna od samego rana udawała, że go słucha, choć tak naprawdę widać było gołym okiem, że jej myśli zajęte były czymś innym. Nie pozwalała, by Liam pocałował ją czy przytulił, ale nie chciała mu wytłumaczyć, czy zrobił coś nie tak i dlatego traktuje go w taki sposób. Przez kilka godzin milczał, nie zadawał pytań, by nie denerwować jej jeszcze bardziej. Dopiero potem postawił wszystko na jedną kartę. Usiadł obok niej nad rzeką i wyjął źdźbło trawy, którym bawiła się przez dłuższą chwilę.
        - Teraz musisz mnie wysłuchać - oznajmił stanowczo. - Lily, co się stało? Dlaczego zachowujesz się tak dziwnie?
        - Wydaje ci się - odparła, jednak on nie dał się na to nabrać.
        - Masz mnie za idiotę? - parsknął. - Powiedz mi, co jest grane. Razem na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie, ale najpierw muszę wiedzieć, w czym tkwi problem.
        Dziewczyna początkowo nie chciała mówić, kiedy jednak zaczęła wyrzucać z siebie swoje żale, zaczęła rozumieć, że potrzebowała tej rozmowy bardziej, niż czegokolwiek.
        - Chodzi o to, że musisz odejść - rzekła ze smutkiem. - Oboje wiedzieliśmy, że w końcu będziesz musiał otworzyć oczy i wrócić do realnego świata.
        - Ty jesteś moim światem - powiedział Liam. - Nie zamierzam nigdzie stąd iść.
        - Liam, ale ty nie możesz mieć na to żadnego wpływu. Taka po prostu jest kolej rzeczy.
        - Ale ja chcę tu zostać - upierał się. - Niby po jaką cholerę mam otwierać oczy, skoro wcale nie chcę tam wracać?
        - Zastanów się, czy naprawdę nie chcesz - odparła. - Tam są twoi przyjaciele, twoi bliscy, ludzie, którzy ciebie potrzebują i bez których ty sam nie potrafisz żyć.
        - Ty jesteś dla mnie najważniejsza, Lily - powiedział. - Wiesz, że ja bym oddał wszystko, żebyś wtedy nie umarła i żebyś była ze mną? Może gdyby nie twoja choroba, dziś bylibyśmy jedną z tych idealnych par, jak z filmu?
        Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie, a jej oczy zalśniły. Właśnie wtedy Liam zrozumiał, że naprawdę musi odejść. Naburmuszył się, na co Lily pogładziła jego policzek swoją dłonią.
        - Zrobię to - oznajmił w końcu. - Ale tylko, jeśli mi rozkażesz.
        Kobieta nachyliła się w jego kierunku, po czym wyszeptała mu prosto do ucha:
        - Otwórz oczy.      
  

     Patrzył na nią swymi lodowatymi oczami, a jej ciało przeszywały dreszcze. Czuła się sparaliżowana, nie mogła wykonać żadnego ruchu. Bała się, że cokolwiek zrobi, mężczyzna zareaguje agresją, przed którą nie będzie umiała się obronić. Żałowała, że Marshall był tak daleko i nie mogła poprosić go o pomoc. Mimo ich ostatniej kłótni, wierzyła, że pojawiłby się, gdyby tylko dostał sygnał, że grozi jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
     Blondyn uśmiechnął się, najwyraźniej przyglądanie się lękowi Florence, sprawiało mu niesamowitą frajdę.
        - Chciałem ci podziękować, śliczna - powiedział lekko zachrypniętym głosem, przysuwając twarz ku niej i szepcząc jej do ucha: - Uratowałaś mi tyłek.
        Miała ochotę napluć mu w twarz za to, co zrobił w przeszłości, jednak wciąż obawiała się jego reakcji. Milczała jak grób.
        - Trochę szkoda, że poznaliśmy się w takich okolicznościach - rzekł, a przed jej oczami znów stanęło wspomnienie z siódmego maja.
        Mężczyzna odsunął się od niej i odszedł, gwiżdżąc radosną melodyjkę. Florence odczuła ulgę, że nie zrobił jej krzywdy, jednak w gruncie rzeczy wcale nie czuła się lepiej. Kiedy tylko go zobaczyła, zrozumiała, że nie ma wyboru, musi zrobić coś, co być może uratuje komuś życie. Wiedziała, że Marshall znienawidzi ją, jak tylko pozna prawdę, jednak nie mogła nic na to poradzić. I tak nigdy na niego nie zasługiwała, teraz jedynie żałowała, że nie mogła go po prostu przeprosić, gdyż żadne słowa nie są w stanie rozgrzeszyć jej z win.   

   
        Brunet otworzył oczy i zniknęła ta rażąca jasność, która towarzyszyła mu przez dłuższy czas. Zniknęła rzeka, zniknęły zielone trawy, zniknęły kwiaty, które jej dawał i zniknęła ona, na zawsze. Jego oczom ukazała się szpitalna sala, która sprawiła, że niemal natychmiast pożałował tego, iż nie zawrócił w porę z drogi. Już tęsknił za Lily i nie chciał uwierzyć w to, że tak naprawdę nawet się nie spotkali. Może gdyby w to uwierzył, wszystko byłoby łatwiejsze? Przede wszystkim, nie cierpiałby tak bardzo.
        Spojrzał w bok i zobaczył Victorię, śpiącą na sąsiednim łóżku. Próbował przypomnieć sobie, co się właściwie stało, że trafili tu oboje. Po chwili weszła pielęgniarka, a potem wszystko wyglądało jak slajd. Najpierw przyszedł Dylan z Michelle, potem jego rodzice, a na samym końcu Marshall. Wszyscy wyglądali na niesamowicie szczęśliwych, kiedy Liam wybudził się ze śpiączki. Choć Atwood nie odzywał się do nich ani słowem, czuł się bowiem zbyt słaby, by jakoś zareagować na ich obecność, w środku poczuł się szczęściarzem - miał przyjaciół i brata, który, choć zawiódł na całej linii, teraz czuwał przy nim. Może w ten sposób chciał odkupić winy? Wtedy Liam przypomniał sobie, dlaczego go znienawidził i znów przed jego oczami pojawiła się Lily. Zacisnął mocno powieki, próbując zahamować łzy, które tak bardzo chciały się wydostać na zewnątrz. Te wszystkie przypadkowe kobiety, z którymi sypiał, miały niby zapewnić mu szczęście? Bzdura! Nie kochał żadnej z nich, dla niego liczyła się tylko Lily. Przez tyle lat próbował znaleźć miłość w cudzych ramionach, by zapomnieć o niej, bo w końcu go zdradziła. Dziś rozumiał, że nigdy nie pokocha żadnej kobiety tak, jak wciąż kochał Lily. I choć być może było to ich ostatnie spotkanie, chciał je zapamiętać, bo chociaż bolała go świadomość, że to wszystko było tylko złudzeniem, to jednak wciąż czuł smak jej pocałunków. Wolał wierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.
      Liam poczuł, że zasypia i w ostatniej chwili, nim Morfeusz zamknął go w swym uścisku, poprosił, aby przyśniła mu się Lily. 

OOO

Snow Patrol - Open Your Eyes *  

1 komentarz:

  1. No tego to nawet ja sama się nie spodziewałam. Victoria w ciąży? Na dodatek z Liamem? Powiem Ci, że zaskoczyłaś mnie totalnie. Czegoś takiego nie spodziewałabym się przede wszystkim po samej Victorii, bo jaki jest Liam to wszystkie doskonale wiemy ;) podzielam zdanie Michelle i uważam, że Victoria na pewno poradzi sobie w roli mamy. Jej obawy względem ojca dziecka w ogóle mnie nie dziwią, bo znając mnie ja też zachowywałabym się podobnie gdybym wiedziała jaki jest ojciec mojego dziecka. Z przykrością stwierdzam, że Victoria nie trafiła najlepiej, ale pocieszenie może być takie, że zawsze mogła trafić gorzej :P Liam może i jest egoistą, ale może warto się łudzić, że pod wpływem ojcostwa się zmieni? Może akurat będzie super fajnym i odpowiedzialnym tatą? Pożyjemy, zobaczymy, chociaż ja sama też nie potrafię wyobrazić sobie tego widoku Liama z dzieckiem...
    Ach ta nasza Florence. Sama sobie utrudnia życie. Ona ze wszystkich bohaterów chyba od zawsze miała najgorzej. Ale z drugiej strony czy to jej wina, że ma pecha w życiu? Jej tęsknota za Marshallem mnie nie dziwi. Naprawdę się w nim zakochała, miała myśli, że to będzie facet jej życia, że będą razem na dobre i na złe, ale swoimi tajemnicami sama doprowadziła do rozstania z lekarzem. Gdyby to on się tak zachował, to ona zareagowałaby tak samo. Związek dwóch ludzi nigdy nie będzie idealny. Zawsze znajdzie się powód do kłótni i nieporozumień. Zadziwia mnie uczucie, jakim Liam w dalszym ciągu darzy Lily. To musiało być coś naprawdę pięknego i przede wszystkim bardzo silnego, skoro trwa nawet teraz, kiedy Lily już nie żyje. Niby mówią, że prawdziwie kocha się tylko raz i w obecnej sytuacji najbardziej szkoda mi Victorii, która cały czas naiwnie wierzy, że ona i Liam będą szczęśliwi, że Atwood ją pokocha. Oj nie chce patrzeć na jej cierpienie, kiedy dowie się jak jest naprawdę...

    OdpowiedzUsuń