Angus & Julia Stone - Draw Your Swords
Kiedyś była dobrą dziewczynką zakochaną w złym chłopcu,
a teraz to ona była zła, bo odtrącała go, choć on chciał jej tylko pomóc.
Nowy dzień przywitał ją naprawdę piękną, słoneczną pogodą, tworząc konflikt z jej nastrojem. Jak zwykle była przybita i zmęczona codziennością. Kiedy tylko otwierała oczy rano, miała dosyć rozpoczynającego się dnia, od razu wiedząc, że będzie on fatalny i zmusi ją do płaczu. Czasami czuła, że lepiej dla każdego byłoby, gdyby odeszła i nigdy nie wróciła. Od trzech lat była tylko ludzkim utrapieniem. Snuła się jak jakiś cień, niezdolny do uczuć. Nie wyrażała ich, choć w rzeczywistości była kłębkiem nerwów. Przeżywała wszystko tak intensywnie, że nie potrafiła sobie z tym poradzić, a minionego wieczoru zrozumiała kolejną, bardzo ważną i trudną do zaakceptowania rzecz - że nie potrafi również przyjąć pomocy Dylana. Na każdym kroku pokazywał jej, że mu na niej zależy, jak na nikim innym na świecie, mimo to ona nie umiała już go kochać. Nie umiała udowodnić mu, że też go kocha i nie chce go stracić. Tak bardzo chciała zatrzymać go przy sobie, jednak nie mogła. Jemu żyłoby się o wiele lepiej bez niej, bo była tylko kulą u jego nogi, utrudniającą mu wykonanie każdej czynności.
Jasnowłosa zeszła po schodach na dół tuż po tym, jak z samego rana spotkało ją rozczarowanie - miejsce w łóżku, w którym zwykle sypiał Dylan, tej nocy było puste. Prześcieradło wygniecione było tylko po jej stronie, to samo można powiedzieć o poduszce, która przesiąknięta była jego charakterystycznym zapachem. Gdy weszła do salonu, zobaczyła stłamszony na kanapie koc, jednak i tam nie spotkała ukochanego. Zobaczyła go dopiero, gdy wyjrzała przez okno - siedział na ławce w ogrodzie, paląc papierosa. Minęły wieki, odkąd widziała go po raz ostatni w takim stanie. Nie lubiła, kiedy palił, ale trudno o to, by tego nie robił, skoro przyjaźnił się z kimś takim jak Liam. Nabrała powietrze w płuca, świadoma, iż czeka ją naprawdę trudna rozmowa i wcale nie miała na myśli tej, którą zaraz przeprowadzi z mężem. Trudniejsze nadejdzie później, jeszcze tego dnia, ale nie teraz, bowiem w tym momencie to Dylan był najważniejszy.
Podeszła bliżej i usiadła obok niego. Nie spojrzał na nią, choć doskonale wiedział, że przyszła. Nie miała mu tego za złe, sama również brzydziła się sobą.
- Mam zgasić? - zapytał, a ona pokręciła przecząco głową, na co brunet ponownie się zaciągnął. - Widzisz, Chelle? Ja zawsze robię to, o co prosisz. Za każdym razem staram się robić to, czego ode mnie oczekujesz, bo wierzę, jak ostatni naiwniak, że to sprawi, że do mnie wrócisz.
- Jestem z tobą.
- Kogo próbujesz oszukać? - zadrwił. - Michelle, jestem już zmęczony czekaniem na ciebie. Mi też brakuje Benjamina, nie ma dnia, żebym o nim nie myślał i nie zadawał sobie pytania, dlaczego nie ma go tu z nami. Tylko, że twoim problemem wcale nie jest zaginięcie Bena. Sama jesteś swoim problemem.
- Mówisz jak Victoria - powiedziała nieco wystraszona Chelle. Nie tak wyobrażała sobie tą rozmowę.
- Nie trzeba być psychologiem, żeby to zauważyć. Nie wiem, czy potrafię jeszcze tak żyć. Powiedz krótko, czy chcesz, żebym został. I nie zbywaj mnie, po prostu mi odpowiedz, a po raz ostatni spełnię twoją prośbę.
- Dylan, kocham cię, wiesz o tym, prawda? - zapytała z rozpaczą w głosie.
- Oczywiście - odparł.
- Więc chcę, żebyś odszedł - powiedziała, uciekając spojrzeniem w bok. Mężczyzna był w szoku. Dopuszczał do siebie to, że może usłyszeć taką odpowiedź, jednak chyba mimo wszystko wierzył, że będzie ona inna. Nie był gotowy na to, by usłyszeć tak bolesne słowa. - Po tym, co zamierzam zrobić, i tak mnie znienawidzisz.
Wstała i odeszła, nie czekając na jego reakcję. Gdy była już w domu, obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak Dylan kryje twarz w dłoniach. Sprawiła mu ból. Znowu zraniła osobę, którą kochała tak bardzo.
Znała to miejsce na pamięć i choć kiedyś wiązała z nim najcieplejsze wspomnienia, dziś miała gęsią skórkę, gdy tu przebywała. Kiedy była tu po raz ostatni, jej życie było pasmem szczęśliwych wydarzeń, a z jej twarzy prawie wcale nie schodził uśmiech od ucha do ucha. Wszystko tak gwałtownie się zmieniło...
- Michelle! - powiedziała radośnie kobieta o krótkich, miodowych włosach. Wyłoniła się niespodziewanie zza drzwi, po czym podeszła do Chelle i uścisnęła ją serdecznie. - Zapraszam do środka - dodała i wróciła znów do pomieszczenia, z którego przed chwilą wyszła, tym razem jednak mając towarzystwo.
Kobieta usiadła za biurkiem, poprawiając okulary, które przekrzywiły się na jej nosie, podczas gdy Michelle zajęła miejsce naprzeciwko niej.
- Kiedy byłam tu po raz ostatni, ściany były żółte - zauważyła Chelle, a blondynka uśmiechnęła się jeszcze promienniej, niż dotychczas. W jej błyszczących oczach odbijał się błękitny kolor farby.
- Postanowiłam zmienić wystrój gabinetu - odparła. - Wiesz, żeby mały czuł się tu trochę bardziej komfortowo - dodała, po czym uciekła spojrzeniem. Wiedziała, że ten temat jest kłopotliwy dla Michelle, ta jednak przyjęła nową informację ze spokojem.
- Cherry, jesteś w ciąży? - zapytała, a kobieta pokiwała twierdząco głową. Michelle spojrzała na brzuszek kobiety, wyraźnie zaokrąglony. Jak mogła w pierwszej chwili w ogóle go nie zauważyć? - Gratuluję, naprawdę - dodała dziewczyna.
- Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć - odrzekła kobieta. - Mam czterdzieści cztery lata, w moim wieku naprawdę warto zachować wszelką ostrożność.
- Wierzę, że tym razem się uda - rzekła Michelle.
- Ja też, w końcu do trzech razy sztuka - powiedziała Cherry, mimo wszystko uśmiechając się. Obydwie znały się nie od dziś, były ze sobą blisko i sporo wiedziały na swój temat. Cherry dwukrotnie poroniła, potem na długo odpuściła sobie kolejne próby. Teraz była tak blisko spełnienia swojego najpotężniejszego marzenia. Gdyby tym razem los również zagrał jej na nosie, Michelle nie zawahałaby się i osobiście kopnęłaby ten jej cholerny los w dupę. - Ale nie rozmawiajmy o mnie, co? Zastanawiam się, co cię do mnie sprowadza.
- Cherry, pomijając fakt, że prowadziłaś moją ciążę, jesteś moją przyjaciółką. Uznałam, że jesteś najwłaściwszą osobą do tej rozmowy i tylko ty znasz odpowiedź na pytanie, które chcę ci zadać.
- Trochę mnie niepokoisz - stwierdziła kobieta. - No ale zaryzykuję i wysłucham cię.
- Chciałam wiedzieć, czy kiedy człowiek traci dziecko, potrafi równie mocno pokochać swojego kolejnego potomka.
- Michelle, to bardzo indywidualna sprawa. Mój zawód nie obejmuje...
- Odpowiedz mi jako kobieta - przerwała jej stanowczo Chelle. - Jako kobieta, która swoje w życiu przeszła.
- Więc myślę, że owszem - przyznała. - Tylko, że to nie jest takie proste. W kobiecie na zawsze pozostaje ta myśl, to wspomnienie o straconym, ukochanym dziecku.
- Tak właśnie myślałam - stwierdziła Michelle. - A jeśli kobieta była złą matką dla swojego pierwszego dziecka, to na pewno będzie równie złą matką dla kolejnego.
- Michelle, ja nie znam odpowiedzi na to pytanie...
- To nie było pytanie, Cherry - odparła. - Ja byłam okropną matką. Co za matka nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa własnemu dziecku?
- Chelle, to co mówisz nie ma nic wspólnego z prawdą! - obruszyła się, choć wciąż próbowała zachować spokój. - Byłaś jedną z tych matek, które dałyby się pokroić za swoje dziecko. Kochałaś Benjamina nad życie, zresztą wierzę, że nadal tak jest!
- Tak, kocham go - powiedziała Michelle. - Kocham go tak bardzo, że w moim sercu nie ma miejsca na inną osobę, na jakieś nowe, niechciane dziecko. Nie pokocham go, bo wiem, że prędzej czy później skrzywdzę je tak, jak Benjamina.
- Michelle, czy ty... ty jesteś w ciąży?
- Proszę cię o aborcję - rzekła szorstko. - Proszę.
Mijały kolejne, pełne ciszy i nijakości dni, w których Florence powoli zapominała o krótkim epizodzie z Liamem, wyrzucając go ze swoich myśli i z serca. Teraz, gdy spojrzała na to wszystko z boku, dziwiła się samej sobie. Dlaczego tak często myślała o chłopaku, z którym nic jej nigdy nie łączyło? Widziała się z nim kilka razy, w tym raz z inną, naprawdę piękną kobietą u boku. Florence nie miała powodów, by być zazdrosną o tego kolesia. Na jej gust był niedojrzałym egoistą, który w życiu szuka tylko rozrywki i niczego poza tym. A ona nie była taka. Ona swoje w życiu przeszła, wycierpiała dużo, wielokrotnie płakała i walczyła ze swoimi problemami. Była o wiele dojrzalsza, niż to, na co mógł wskazywać jej wiek. Miała dwadzieścia pięć lat i wlokła za sobą tak ciężki bagaż doświadczeń, że aż dziw bierze, że jeszcze się nie przekręciła z tego wszystkiego.
Brunetka siedziała na ławce pod swoją kamienicą i wpatrywała się w wyświetlacz telefonu. Na liście kontaktów odnalazła mnóstwo imion ludzi, którzy kiedyś interesowali się jej losem, a teraz nawet nie raczyli się odezwać chociaż słowem. Albo to oni, ci niby przyjaciele, od samego początku byli fałszywi, albo przerosła ich jej ponurość. Musiała przyznać przed samą sobą, że stała się kłębkiem nerwów, zdolnym do wyładowania emocji w najbardziej ekstremalny sposób. Była okropna i pewnie dlatego została skazana na samotność.
Poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicach żołądka, gdy na liście kontaktów pojawiło się imię jej przyjaciółki z przeszłości. Pal licho tamtych wszystkich ludzi - w tym wszystkim to jej brakowało Florence najbardziej. Z całego serca chciałaby odzyskać ich przyjaźń i relację, ale wydawało się to marzeniem ściętej głowy. A to wszystko była jej wina i do końca życia będzie płacić za to cenę.
Dziewczyna wstała z ławki, jednocześnie chowając komórkę w kieszeni spodni. Kiedy obracała się, nieoczekiwanie wpadła na kogoś, co momentalnie przypomniało jej o sposobie, w jaki poznała Liama Atwooda.
- Przepraszam, nie chciałem - odezwał się głęboki, męski i lekko zachrypnięty głos. - Wszystko w porządku? - zapytał, a Florence poczuła, jak uginają się pod nią kolana, po raz pierwszy od tak dawna. Błękitne oczy mężczyzny świdrowały ją tak, że w jej brzuchu aż zawirowało.
- Tak, wszystko dobrze - odrzekła, gdy poczuła, że ta cisza zaczyna się robić niezręczna. Słysząc jej słowa, mężczyzna uśmiechnął się. - Jestem Florence - wyciągnęła ku niemu dłoń.
- Marshall - odparł, po czym pocałował czule wierzch jej dłoni, sprawiając, że jej policzki momentalnie oblały się rumieńcem. - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy.
- Raczej tak - powiedziała ciemnowłosa, posyłając mu jeden ze swych najszczerszych i najpiękniejszych uśmiechów. - Mam talent do wpadania na obcych ludzi.
Brunetka miała ochotę zapiać z zachwytu, kiedy już została sama. Postanowiła dać szansę drugiemu człowiekowi. Komuś, kto może zechce ją uszczęśliwić i spróbuje ją zrozumieć. Może życie byłoby łatwiejsze, gdyby wreszcie miała jakiegoś towarzysza w codziennej walce z rzeczywistością?
- Hej, Marshall! - zawołała Florence, gdy chłopak był już ładnych kilkanaście metrów dalej. Usłyszał jednak jej głos i zwrócił głowę w jej stronę. Brunetka szybkim krokiem doszła do niego i wyciągnęła znów komórkę z kieszeni. - Może ułatwimy sobie to wpadanie na siebie i dasz mi swój numer?
- Miałem taką cichą nadzieję, że zapytasz - odrzekł. Dziewczyna roześmiała się, a uśmiech nie schodził z jej twarzy przez cały czas, gdy zapisywała kolejne cyfry w pamięci telefonu. Dawała szansę losowi. Dawała szansę Marshallowi i dawała szansę samej sobie.
Na liście jej kontaktów pojawił się ktoś nowy. Kimkolwiek jest, nie zagoi jej ran po utracie dawnych przyjaciół. A może jednak?
OOO
Witam!
Bez zbędnego przedłużania, życzę przyjemnej lektury i pozdrawiam gorąco! :*
Kocham ten duet. Uwielbiam ich muzykę, a teraz będzie mi się kojarzyć z tym odcinkiem. Już po przeczytaniu pierwszego fragmentu, rozpłakałam się. Jesteś niemożliwa. Opisałaś to tak subtelnie. Przelałaś tyle emocji, aż zaparło mi dech w piersi. Jesteś cudowną, nieziemsko utalentowaną pisarką. Podziwiam. A przechodząc do samego fragmentu, to trochę rozumiem Michelle. Wydaje nam się, że odpychając od siebie ukochane osoby, uchronimy ich przed cierpieniem. Niestety, tak to nie działa. Dylan jest facetem, którego chciałabym mieć u swego boku. Ciepły, wyrozumiały i przede wszystkim bezapelacyjnie zakochany w swojej żonie. Widać, że chce jej pomóc, ale nie wie jak i ta bezradność go wykańcza. Michelle natomiast musi uporać się z tym sama. Wydaje mi się, że ona potrzebuje czasu, aby zrozumieć i wybaczyć samej sobie. Dopóki tego nie zrobi, nigdy nie będzie w stanie dać Dylanowi tego, czego potrzebuje - Dawnej Chelle.
OdpowiedzUsuńŁzy spływają mi po policzkach. Jestem w szoku. Czuję się tak, jakby dostała cegłówką w głowę. Michelle spodziewa się dziecka. Nie sądzę, aby był to najlepszy moment, biorąc pod uwagę jej stan psychiczny, ale aborcja?! To nie jest żadne rozwiązanie, bo gdy tego dokona, znienawidzi siebie samą jeszcze bardziej. Wierzę, że Cherry wybije jej ten pomysł z głowy. Bo to naprawdę nie jest rozsądne. To jej nie pomoże! Matko.. nie spodziewałam się.
A teraz się uśmiecham! Jak Ty grasz na moich emocjach. Uwielbiam to! Kocham Twoją twórczość i Ciebie jako człowieka:* Bardzo, bardzo, bardzo mocno cieszę się, że Florence zaryzykowała i postanowiła dać szansę losowi. Może to nie przypadek, że Marshall znalazł się właśnie tam? Podobnie jak to, że ciągle myśli o Liamie? Jestem niesłychanie ciekawa, co wyniknie z ich znajomości. W ogóle Florence intryguje mnie niesamowicie. Niewiele o niej wiem, chociaż chciałabym poznać więcej i wiem, że prędzej lub później mi to umożliwisz.
Cudowny odcinek. Kocham to opowiadanie, bo zaskakuje mnie za każdym razem. Jestem pod wielkim wrażeniem Twojego talentu i Twojej emocjonalności, którą przelewasz w każde zdanie. Jestem Twoją wielką fanką. Wielbię Cię, mój Diamencie;*
Bardzo dziękuję! :* :)
UsuńHej Kochana:* ogólnie to zastanawiam się, czy w trakcie trwania tej historii będe miała jeszcze możliwość skomentowania jako pierwsza. Niestety ostatnio brakuje mi czasu na cokolwiek. Za dwa tygodnie mamy już święta, a po przerwie świątecznej szkoła, a co za tym idzie - sesja. Czuje, że ten rok akademicki będzie naprawdę ciężki. Oczywiście staram się być nastawiona optymistycznie, ale coraz więcej pojawia się tych momentów zwątpienia. Mam nadzieję, że chociaż u Ciebie jest lepiej, że wszystko, albo przynajmniej większa część układa się tak jak powinna :)
OdpowiedzUsuńMoże jestem dziwna, egoistyczna i nie wiem jaka jeszcze, ale zaczyna mnie już powoli irytować zachowanie Michelle. Oczywiście chodzi mi tutaj przede wszystkim o to, jak traktuje Dylana, człowieka, który kocha ją najbardziej na świecie i przede wszystkim jej pomaga, zupełnie bezinteresownie. Chce, żeby chociaż przez jedną małą chwilę była szczęśliwa. Jak można być tak bezdusznym i zwyczajnie to odrzucić? Michelle już chyba kompletnie straciła jakiekolwiek uczucia. Przez te 3 lata od zaginięcia Bena jej serce chyba skamieniało. Jak można odtrącić kogoś, kogo się kocha? Jeżeli już obdarzy się kogoś takim uczuciem, to chyba jest wręcz odwrotnie, prawda? Naprawdę, nie potrafie tego zrozumieć. Wiem, że Michelle spotkało nieszczęście, na tym przecież opiera się fabuła opowiadania, ale nie sądziłam, że będzie źle do tego stopnia, by kazała Dylanowi odejść. Przecież bez niego ona sobie kompletnie nie poradzi. Wtedy dopiero przekona się co to znaczy być samotnym. Wydaje mi się, że jej szczerość względem męża może mieć tragiczne konsekwencje. Ja uważam, że Parks sama sobie nie poradzi z tym cierpieniem. Fakt, zostały jeszcze wizyty i rozmowy z Victorią, ale to nie wystarczy. Ciekawa jestem, czy Dylan odpuści i faktycznie odejdzie, czy będzie dalej walczył o żonę i jednocześnie czy sprawa zaginięcia Benjamina będzie się jakoś wyjaśniała. Mam nadzieję, że tak :)
Aborcja to trudny temat, przynajmniej dla mnie. Ale jeżeli mogę wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat, to postaram się zrobić to tak, żeby nikogo z czytających to opowiadanie nie urazić. No więc niektóre kobiety chcą mieć dziecko, lub dzieci, a inne nie chcą. Uważam, że to indywidualna sprawa każdej kobiety i nic nie powinno odbywać się na siłe. Więc to chyba normalne, że taka decyzja musi być dokładnie przemyślana. Michelle przechodzi teraz bardzo trudny okres w swoim życiu. Teraz uważa, że nie pokochałaby swojego drugiego dziecka, ale wydaje mi się, że gdyby pojawiło się już na świecie to zmieniłaby zdanie. Nie jestem zwolenniczką odbierania drugiej istocie życia, nie ma w tym chyba nic dziwnego. Trzeba naprawdę nie mieć serca, żeby w ogóle myśleć o czymś takim, a co dopiero tego dokonać. Mam nadzieję, że Michelle w pore się opamięta. A jeśli nie, to liczę na pomoc Cherry, która z pewnością zrobi wszystko, by wybić jej ten pomysł z głowy.
To już ósmy odcinek a my nadal niewiele wiemy o Florence. Może to nawet lepiej, że stopniowo odsłaniasz kolejne karty odnośnie jej osoby. Ja na ten moment nie mogę powiedzieć czy ją lubie, czy nie. Jest to jedna z najbardziej intrygujących postaci tej historii, mimo tego, że jej życie wcale nie jest takie kolorowe. Jeśli chodzi o jej znajomość z Liamem, to myślę, że jeszcze staną sobie wzajemnie na drodze, z pewnością na jednym spotkaniu się nie skończy. Marshall? Kto wie, może faktycznie zostaną z Florence przyjaciółmi? Dziewczyna ewidentnie cierpi na brak towarzystwa, więc mam nadzieje, że ten chłopak jakoś wpłynie na to szare i ponure życie dziewczyny.
Pozdrawiam i czekam na kolejne nowości. Buziaki :* :* :*
No właśnie tak zauważyłam, że u Ciebie ostatnio gorzej z czasem, ale mam nadzieję, że to minie :) Pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa! :*
UsuńCześć Kochana :*
OdpowiedzUsuńJak tylko zaczęłam czytać, to sobie w głowie układałam plan, co po kolei napisze, aż tu nagle czytam o ciąży, i aborcji Michelle. No zaniemówiłam. Poważnie. Nie przez fakt, że w ogóle jest w ciąży. Bo wiadomo "wpadki" zdarzają się. Zresztą oni są małżeństwem, więc to nie powinno dziwić. Ale aborcja ? No to ścięło mnie z nóg!
Jest mi jej strasznie żal, bo utrata dziecka, zwłaszcza w taki sposób, jak to było z Benjaminem sprawia, że człowiekowi może zawalić się cały świat. Ale na litość boską! Czym sobie zasłużyło to dziecko, by pozbawić go możliwości zaznania życia? Ona, choć jest matką nie ma takiego prawa! Nie mówię tutaj już o nawet Dylanie. Nieświadomym niczego. No, przyznam się, zawiodłam się na niej. Rozumiem, że jest jej ciężko i trudno się jej uporać z prawdą, ale w takiej sytuacji nie spodziewałam się tego po niej. Przecież tutaj chodzi o czyjeś życie. Zycie jej dziecka. Nie wierzę! Skoro teraz myśli o aborcji, to dlaczego nie myślała wtedy gdy sypiała z mężem o konsekwencjach...
Co jak, co ale ucieszyłam się, że chociaż Florence nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Marshall. Hmm, ciekawe co wyniknie z ich znajomości? Nie, nie myślę o żadnym romansie. Póki co, oczywiście ;p Ale może zaprzyjaźnią się ? Byłoby miło, bo chyba wielu znajomych dziewczyna nie ma...
No nic, muszę przyznać, że zaskoczyłaś mnie i to bardzo!
Czekam w napięciu, co odpowie pani doktor...
Kochana, do następnego :*
Dziękuję :) Cieszę się, że zaskoczyłam! Pozdrawiam cieplutko :*
Usuń