Snow Patrol - You Could Be Happy
Mogłaś być szczęśliwa, a ja bym nawet nie wiedział
Ale nie byłaś szczęśliwa w dniu, gdy widziałem jak odchodzisz *
Dylan zdawał sobie sprawę z tego, że jest bacznie obserwowany przez swojego przyjaciela. Nie mógł się dziwić, w końcu skoro pomieszkiwał u niego, winien mu był wyjaśnienia swych dziwnych zachowań, bowiem kilka ostatnich dni brunet spędził na milczeniu i wpatrywaniu się albo w sufit, albo w etykietkę na butelce ulubionego alkoholu. W pewnym momencie zaczął pić cokolwiek, a robił to przeważnie, gdy nachodziła go chwila słabości i ta pilna potrzeba zobaczenia twarzy Michelle. W każdej chwili mógł sięgnąć po jej fotografię, ale tak samo, jak jakaś siła ciągnęła go do tego, tak samo go odpychała. Nie chciał jej widzieć, ponieważ stracił do niej resztki szacunku, z drugiej strony ujrzenie jej przepięknego uśmiechu, było największym pragnieniem jego serca. Czymś, co wydawało się decydować o jego istnieniu. I tak oto zamykało się to błędne koło.
- Liam, do cholery, mógłbyś się w końcu odczepić? - zapytał Dylan nieuprzejmie, gdy obydwaj jedli śniadanie. - Patrzysz się na mnie, jakbym ukradł ci ciastko.
- Po prostu się o ciebie troszczę. Mógłbyś to docenić.
- Stary, doceniam to, ale nie musisz kontrolować mnie na każdym kroku!
- A właśnie, że muszę - odparł obojętnie, przeżuwając. - Pewna bardzo mądra istota powiedziała, że urwie mi to i owo, jeśli nie zajmę się tobą należycie.
- Powinienem pytać, co to ma w ogóle znaczyć? - spytał poirytowany mężczyzna.
- Chcesz, to pytaj, ale nie mnie - Liam uśmiechnął się, po czym wstał, wołany przez dzwonek do drzwi. Po chwili po mieszkaniu rozniósł się dźwięk obcasów, które postukiwały o podłogę. Nie, to nie mogła być Michelle.
- I co z nim? - zapytała Victoria szeptem, ściągając płaszcz i przekazując go Liamowi.I
- Żyje - odrzekł z lekkim u z lekkim uśmiechem, na co dziewczyna zdzieliła go dłonią.
- Uważasz, że to taki zabawny temat, tak?
- Nie, ale sama przyznaj, że to całe obserwowanie go i obchodzenie się z nim jak z jajkiem, jest bez sensu. On sam też tak uważa. Kontrolujemy go jak dziecko, Victoria. Muszę ci przypominać, że on ma trzydzieści lat?
- Dylan właśnie został zraniony przez kobietę, poza tym trzy lata temu zaginęło jego jedyne dziecko. Myślisz, że to źle, że chcę mieć go na oku? Michelle też chciała się zabić, kiedy nie była przypilnowana przez nikogo.
- Dylan to nie Michelle - przewrócił oczami. - On nie jest egoistą i nie zostawiłby jej tu samej, w odróżnieniu od niej.
- Czy mi się wydaje, czy ty jej naprawdę nienawidzisz?
- Nie wiem - odparł. - Po prostu mam już dosyć patrzenia na mojego kumpla, który staje się cieniem samego siebie. Wiesz, że on nie przez zaginięcie Bena jest takim wrakiem?
- Jak ty w ogóle możesz tak mówić? Michelle bardzo wiele przeszła...
- Wiem, Dylan też! Przecież to było też jego dziecko! Gdyby ona nie ześwirowała, razem daliby sobie radę z tym, co ich spotkało. Nie znam drugiego tak silnego faceta, jak Dylan. Nigdy nie sądziłem, że cokolwiek go złamie.
- A myślisz... - zawahała się, tym razem mówiąc o wiele spokojniej. - Myślisz, że tym razem Dylan się załamał?
- Chciałbym się mylić - powiedział cicho chłopak, po czym narzucił na siebie kurtkę i wyszedł z mieszkania, zostawiając Victorię sam na sam z bratem.
Mogłaś być szczęśliwa, mam nadzieję że jesteś
Sprawiłaś że byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek *
Victoria patrzyła mu prosto w oczy, on robił to samo, choć wydawał się nieobecny myślami. Była pewna, że w tej konkretnej chwili znowu rozmyślał o Michelle, o swoim małżeństwie, o Benjaminie i o przyszłości. Co takiego wydarzyło się, że jej brat z twardziela zmienił się w pomrukującego, zamkniętego w sobie chłopaka, który nie mówi o swoich uczuciach? Ona była psychologiem. Musiała poznać prawdę, choćby musiała ją z niego wydusić.
- Słyszałem waszą rozmowę - powiedział w końcu Dylan, odwracając wzrok. - Twoją i Liama, przed chwilą. Nie pozostawiał na Michelle suchej nitki.
- On jest twoim przyjacielem, martwi się, zresztą tak jak my wszyscy.
- Po to tu jesteś? - zaśmiał się szyderczo. - Żeby mnie z tego wyciągnąć?
- A jak ci się zdaje? - skrzywiła się, poirytowana jego gierkami.
- Nie wyciągniesz mnie z tego, siostrzyczko - odrzekł z powagą. - Z tego, co mi dolega, nikt mnie nie wyleczy.
- Co ty pleciesz?
- Zakochałem się - powiedział lekko. - Zakochałem się w kobiecie, którą powinienem znienawidzić. Może nie potrafię przestać jej kochać, bo to ona uczyniła mnie najszczęśliwszym gościem na tej planecie? Może to kwestia przyzwyczajenia?
Rób rzeczy które zawsze chciałaś robić
Beze mnie, abym nie mógł cię powstrzymać, nie myśl, po prostu rób *
- Ona jest dzisiaj wszystkim, co mi pozostało - uśmiechnął się, choć Victoria dostrzegła na jego twarzy również smutek. - Kiedy zaginął Benjamin, patrzyłem na jej cierpienie, ból, na tą tęsknotę i pustkę, której nawet ja nie byłbym w stanie wypełnić. Widzisz, kiedy tracisz najbliższą osobę, tracisz też cząstkę siebie. Sama mi to kiedyś powiedziałaś. Ona nosiła nasze dziecko pod sercem przed dziewięć miesięcy, była z nim zżyta bardziej, niż ze mną. A potem go straciła. I wiesz, ja doskonale rozumiałem, że potrzebuje czasu, by stanąć na nogi. Akceptowałem kolejne lata niekończącego tułania się po domu jak duch, tego przytulania do siebie jego ubranek z nadzieją, że to pomoże jej jakoś przez to wszystko przebrnąć. Odsuwała mnie od siebie, a ja i tak lgnąłem do niej jak pszczoła do miodu. Wybaczałem jej wszystko.
- Bo ją kochałeś - stwierdziła, nie mając żadnych wątpliwości, iż jest to prawdą.
- Ja nadal ją kocham - wyszczerzył się, a jego oczy zalśniły. - Tym razem moja żona postanowiła wbić mi nóż prosto w serce, nawet mnie nie ostrzegając. Zrobiła to.
- Dylan, powiedz mi, co się tak właściwie stało?
- Jestem już zmęczony - powiedział, zmieniając temat. - Kto ją trzymał za rękę w szpitalu, po tym, jak nafaszerowała się tabletkami? Ja. Powstrzymałem ją, choć prosiła, żebym puścił ją wolno. Dzisiaj widzę, że byłaby szczęśliwa, gdyby wtedy odeszła. Tak naprawdę przeze mnie wciąż się męczy.
Dziewczyna leżała na łóżku, a do jej uszu raz po raz docierały hałasy zza drzwi, choć nie przejmowała się nimi. Najbardziej skupiała się na tym, że wciąż tu była, choć nie taki był plan. Miało jej już nie być, miała przestać cierpieć, a tymczasem wszystko wskazywało na to, że będzie musiała jeszcze długi czas męczyć się ze swoim życiem, którego nienawidziła i które straciło sens. Niespodziewanie do jej uszu dobiegł krzyk mężczyzny, który rozpoznała od razu. Miała ochotę ukryć się przed nim, uciec, byle tylko nie widzieć na jego twarzy żalu, a właśnie tego się spodziewała. Nie miała siły, by wstać, poza tym podłączona była do jakiejś przedziwnej aparatury. Zacisnęła dłonie na pościeli i zamknęła oczy, tłumiąc płacz.
- Mówiłem, że nie wolno panu teraz...
- Zamknij się pan - przerwał lekarzowi Dylan, oddychając ciężko i wpadając do sali, w której leżała żona. Kiedy tylko ją zobaczył, zamilkł, a doktor zrobił to samo. Spojrzał z wyrozumiałością na mężczyznę.
- Daję panu pięć minut - skwitował i wyszedł.
Dylan zachowywał się tak, jakby tkwił w głębokim szoku. Raz po raz otwierał usta, by za chwilę znów je zamknąć. Chciał coś powiedzieć, tylko skąd miał wiedzieć, jakich słów należy użyć w takiej sytuacji?
- Zaginął nasz syn - zaczął w końcu. Wydawało mu się, że Michelle nawet go nie słucha, mimo to postanowił mówić dalej. - Nigdy nie stwierdzę, że go już nie odzyskamy i że nie żyje. Nigdy, dopóki nie będę miał na to dowodów, nie zwątpię w to, że pisane nam jest szczęśliwe zakończenie. Tylko, że ja i tak czuję, jakbym go stracił. Nie mogę go przytulić, nie mogę z nim porozmawiać. A dzisiaj chciałaś, żebym stracił drugą najważniejszą osobę w moim życiu. Chciałaś, żebym cierpiał.
- Inaczej - wyszeptała. Głos jej się łamał, a oczy były mocno zapuchnięte. - Cierpisz przeze mnie, bo nie jestem taką żoną, na jaką zasługujesz. Gdybym odeszła, miałbyś o jeden problem mniej. Mógłbyś zacząć żyć na nowo, bez tego balastu, którym jestem.
- Chelle, do cholery! - wrzasnął. - Mówisz jak dziecko! Jak mogłaś w ogóle pomyśleć, że bez ciebie byłoby mi lepiej?
- Po prostu to czuję - odparła bez emocji. - Dylan, jeśli mnie kochasz i mi ufasz, pozwól mi odejść.
- Jaja sobie ze mnie robisz? - roześmiał się rozpaczliwie. - Serio myślisz, że umiałbym tak po prostu cię pożegnać? Niedoczekanie - skwitował szorstko i wyszedł, na co Chelle rozpłakała się jak dziecko.
Był surowy, jednak ona wiedziała, że w ten właśnie sposób chciał jej pokazać, jak bardzo ją kocha. Skrzywdziła go i nie potrafił okazać swych uczuć inaczej, mimo to otrzymała od niego więcej, niż mogła oczekiwać.
- Czyli co, mam rozumieć, że teraz pozwalasz jej odejść? Nie obchodzi cię to, czy popełni samobójstwo? Dylan, co się z tobą stało? - pytała gorączkowo Victoria, kręcąc głową w niedowierzaniu. Nigdy przedtem nie opowiadał tak niestworzonych historii. W tym człowieku nie rozpoznawała swojego brata.
- Jeśli to uczyniłoby ją szczęśliwą, nie zawahałbym się.
Jakoś wszystko co mam pachnie tobą
I przez malutki moment to wszystko nie jest prawdą *
- Widzisz, nie powiedziałem ci o czymś - rzekł mężczyzna. - Michelle spodziewa się dziecka. Albo spodziewała.
- Nie rozumiem...
- Po prostu nie wiem, czy była już u lekarza, czy nie. Bo nie mówiłem ci, że moja kochana żona postanowiła usunąć tą ciążę.
Brunetka zamarła. Przed oczami pojawiła jej się fotografia ze ślubu brata. On i Chelle byli wtedy tacy szczęśliwi. Nie dość, że rozpoczynali nowy etap swojego życia, to na dodatek za dwa miesiące mieli zostać rodzicami chłopca. Tak bardzo zmienili się przez ten czas. Wyglądało to tak, jakby ich drogi, dotychczas spójne, nagle rozjechały się.
- I ty chcesz jej na to wszystko pozwolić, tak? Na zabicie siebie i waszego dziecka?
- To jest wyłącznie jej decyzja - odparł bez emocji.
- A niby jakim prawem tylko ona może decydować o tym, czy wasze dziecko będzie mogło poznać świat, czy nie? - zapytała Victoria ze złością. - Czy do ciebie nie dociera to, że ona nie ma prawa odebrać ci dziecka?
- To nie ma żadnego znaczenia...
- Na pewno pamiętasz, co czułeś, kiedy urodził się Ben - oświadczyła. - I na pewno pamiętasz, jak bardzo bolała jego utrata. Więc jak możesz godzić się na ponowne piekło? To, że to dziecko jeszcze się nie urodziło, nie oznacza, że nie jest ważne. Wiesz co, jesteś beznadziejny, tak samo jak Michelle. Mam już was dość - powiedziała, wstając z miejsca. Miała nadzieję, że brat zatrzyma ją, ten jednak siedział oniemiały wciąż na kanapie.
13 lipca 2005 r.
Mężczyzna biegł na złamanie karku przed siebie, a w głowie rysowały mu się przedziwne scenariusze. Ten najpiękniejszy, którego najbardziej pożądał, wyglądał tak, że udaje mu się być przy Michelle w momencie, gdy na świecie pojawia się ich pierworodny. Im więcej kolejnych minut mijało, tym mniej wierzył w to, że zdąży na czas. W duchu przeklinał korki, wciąż jednak mając odrobinkę nadziei w sercu. Wreszcie odnalazł odpowiednie drzwi i wparował do środka, ignorując trajkotanie poirytowanej jego zachowaniem pielęgniarki.
- Gdzieś ty był, do cholery?! - przeklęła Michelle, cała czerwona i ze strużkami potu na twarzy.
- Biegłem tu do was... Szukałem was po całym tym przeklętym szpitalu!
- Tylko mi nie mów, że wparowałeś na salę innej rodzącej - Chelle spojrzała na niego podejrzliwie, a on uśmiechnął się tylko. Nagle wrzasnęła wniebogłosy.
- To będzie silna bestia, czuję to - powiedział Dylan, mocniej ściskając dłoń ukochanej.
Minęło kilkanaście minut, a mężczyzna w końcu zobaczył swoje dziecko. Umazany krwią chłopczyk wyglądał jak aniołek, dopiero po chwili zaczął krzyczeć i wymachiwać maleńkimi rączkami. Dylan zrozumiał, że spełnił się ten najpiękniejszy scenariusz. Benjamin Parks był jego najjaśniejszą gwiazdą.
7 maja 2009 r.
Kiedy zobaczył ją wtedy na komisariacie, bladą i roztrzęsioną, miał ochotę rozpłakać się razem z nią. Wiedział, że jako mężczyzna musi być silny i musi być dla niej podporą w trudnych chwilach, ale dzisiaj sam się rozkleił i poczuł, że grunt wali mu się pod nogami. Nie wiedział, co robić ani co powiedzieć. Stanął po prostu obok ukochanej i oboje milczeli, a po chwili zamknęli swoje ciała w uścisku.
- Dylan, ja nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść... Ja naprawdę...
- Ćśś... - uciszył ją i jeszcze mocniej przytulił. - To nie twoja wina.
- Dylan, proszę powiedz mi, że go znajdziemy. Powiedz, że jest gdzieś niedaleko stąd i czeka, aż się pojawimy. Powiedz, że nas woła i wyciąga te swoje rączki w górę, żebyś go podniósł. Powiedz, że on tak naprawdę nie zaginął i że to tylko mi się śni. Cholera, Dylan, obudź mnie z tego przeklętego koszmaru! - krzyczała, równocześnie płacząc.
Nie potrafił nic powiedzieć. Czuł się tak, jakby stracił Benjamina, choć nie docierało wciąż do niego to, co się stało. Nigdy przedtem nie czuł takiej pustki w sercu. Poczuł się tak, jakby był zupełnie nieistotnym elementem jakiejś chorej układanki. Co on tu w ogóle robił? Jak on mógłby żyć bez swojego dziecka?
Bardziej niż cokolwiek chcę widzieć Ciebie jak idziesz
Bierzesz wspaniały kęs tego świata *
- Victoria, poczekaj - powiedział i wstał z kanapy, idąc w jej kierunku.
Przecież on teoretycznie stracił dziecko. Nie wierzył w to, że jego syn nie żyje, ale przecież nie było go tutaj, choć oboje rodzice tak bardzo tego chcieli i potrzebowali. Dylan nie mógł patrzeć w te jego wielkie mądre oczy, choć mógłby robić to całymi godzinami. Nie mógł słuchać jego głosu, który stanowił jedną z najpiękniejszych melodii, jaką kiedykolwiek poznał. Nie mógł go przytulić, chroniąc przed całym światem. I choć wiedział, że żadne następne dziecko nie zastąpi Benjamina, zapragnął to kolejne maleństwo obronić. Zamierzał nie spuszczać z niego wzroku i przeprowadzić przez życie tak, by nie stała mu się choćby najmniejsza krzywda. Chciał widzieć, jak to dziecko stawia pierwsze kroki, chciał słyszeć pierwsze jego słowa i pragnął dotrwać pierwszych marzeń, spełnionych przez swojego syna bądź córkę. W tym momencie niczego nie pragnął bardziej.
- Nie pozwolę jej zabrać mojego dziecka - oznajmił, a przez twarz siostry przemknął delikatny uśmiech. Była naprawdę dumna z decyzji brata. W milczeniu przytuliła go, czując, jak uchodzi z niego cała ta słabość. Teraz był najsilniejszym człowiekiem na świecie.
OOO
Witam!
Bez słowa 'od autorki', bo jakoś nie mam weny na rozpisywanie się. Mam nadzieję, że odcinek przypadł Wam do gustu i pozdrawiam cieplutko :*
P.S. Czcionka jak zwykle szaleje. Mogę tylko powiedzieć, że na nowym opowiadaniu nie będzie już problemów z akapitami i tego typu wariacjami.
Snow Patrol - You Could Be Happy *
Hej Kochana:* nie ukrywam, że troszkę się naczekałam za tą nowością. Oczywiście rozumiem to, że nie miałaś czasu, każdy z nas ma przecież jakieś tam swoje obowiązki, które nie zawsze mogą być odłożone na później. Ale w sumie to nawet lepiej, że nowy rozdział pojawił się dopiero teraz, bo przynajmniej mogę na spokojnie usiąść i skomentować, a uwierz mi, że brakowało mi tego ostatnio. Przez tą sesje nie miałam kompletnie na nic czasu, teraz mam wolne od nauki, więc mam czas na przyjemności :) rozpisałam się we wstępie jak zawsze, ale już zabieram się za najważniejsze.
OdpowiedzUsuńW ogóle nie dziwi mnie obecne zachowanie Dylana. Jego życie naprawdę się posypało i raczej nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało to ulec poprawie. Ja i tak jestem szczerze zdziwiona, że po tylu przeżyciach ten facet jeszcze się trzyma. Niestety ostatnie wydarzenia pokazały, że on też ma swoje granice wytrzymałości, które zostały przekroczone. Wiadomość o tym, że Michelle chce dokonać aborcji kompletnie wytrąciła Dylana z równowagi. Dobrze, że ma obok siebie Liama i Victorię, bo nie wyobrażam sobie tego, gdyby tej dwójki miało zabraknąć. Wiedziałam, że Victoria nie zostawi brata w potrzebie, samego z problemami i pokaże, że jest po jego stronie. Jego obwinianie się o cierpienie żony jest dla mnie niezrozumiałe. Nie może przecież brać wszystkiego na siebie. Ani on, ani nawet Michelle nie są winni zaginięcia Benjamina. To mogło się przytrafić każdemu, mogło paść na inną rodzinę. Dylan nie jest w stanie sam tego wszystkiego udźwignąć, chociaż nie wiem jak bardzo byłby silny i jak bardzo by się starał. Widać, że to wszystko go przerasta, dodatkowo ciągłe odpychanie przez Michelle nie motywuje wcale do dalszego działania. Nie chodzi o to, że w niego nie wierzę. Po prostu mam wrażenie, że skoro teraz czuje się bezsilny, to później może być już tylko gorzej. Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Ja osobiście też tak uważam i mam nadzieję, że Dylan odnajdzie w sobie siłę, by się z tym wszystkim zmierzyć. Pierwszy raz uchyliłaś rąbka tajemnicy odnośnie zaginięcia Benjamina. Wspomnienie pobytu na komisariacie było straszne. Nie życzę tego żadnemu małżeństwu, naprawdę straszne przeżycia. Mam nadzieję, że ta sytuacja już teraz będzie się wyjaśniała i doczekamy się szczęśliwego odnalezienia Bena :) końcówka rozdziału nawet optymistyczna. Powiedziałabym nawet, że Victorii udało się przemówić bratu do rozumu. Czy teraz już będzie lepiej? Chciałabym wierzyć, że tak :)
Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział :) pozdrawiam i całuję :* :* :*
Cześć ;)
OdpowiedzUsuńDylan, mimo tylu problemów, które przemknęły się przez jego życie, ciągle się nie poddaje. Chyle mu czoła! Aczkolwiek widać, że mimo bycia twardym facetem, potrafi też pokazać, tą słabsza stronę swojego życia ;/ Jest mi go na prawdę szkoda. Nikt nie zasłużył na takie cierpienie. Dobrze przynajmniej, że ma przyjaciela tuż obok, który również się o niego obawia, no i oczywiście siostrę. Dobrze zrobiła przychodząc do niego i mówiąc mu prosto w oczy to co myśli. Jak widać poskutkowało. Dylan nie może pozwolić na to, by stracić kolejne dziecko! Tego byłoby za wiele dla niego. Wszyscy się użalają nad Michelle. I ja to rozumiem, kobiety inaczej odczuwają wszystko wokół niż mężczyźni, ale to nie świadczy o tym, że Dylan nie tęskni, nie cierpi! On ma takie samo prawo do tego maleństwa jak i Michelle. Niech ona w końcu zrozumie, że nie jest sama w tym cierpieniu! Bo niszczy nie tylko siebie, ale i wszystkich wokoło... A to już jest smutne ;(
Czekam na kolejną nowość :) Pozdrawiam :)
Nie wiem jak reszta, ale ja już nie moge się doczekać kolejnej nowości :)
OdpowiedzUsuńSkarbie a co z Twoim Gadu? Bo pisałam do Ciebie 2 razy i nic :<
UsuńNaprawdę pisałaś? Przepraszam, ale nie mam Internetu już od dobrych 2 tygodni, dlatego nie odpisałam :( póki co korzystam z notebooka brata, no i niestety nie mam tutaj Gadu :( dobrze, że się upomniałaś, bo ja sama nie miałam nawet możliwości poinformowania Ciebie o obecnej sytuacji. Jeszcze raz przepraszam najmocniej, że nie odpisywałam :*
UsuńNic nie szkodzi :* Mam rozumieć, że powinnam napisać Ci tamte wiadomości tutaj? A więc, najpierw wysłałam Ci zaproszenie na prolog nowej historii (http://mine--again.blogspot.com), a potem zapytałam czy wiadomość aby na pewno do Ciebie doszła, hihi.
UsuńBuziaczki :*
No tak, mogłam się domyślić, że o to chodzi :) Kochana dzisiaj już niestety nie dam rady wejść i skomentować, ale postaram się zjawić tam w weekend, albo nawet jutro :)
UsuńŚciskam mocno :*