Ona należy do bajki, którą nigdy nie mogłem być.*
- Prawdopodobnie nie chcesz ze mną teraz rozmawiać, ale wystarczy, że po prostu posłuchasz tego, co mam ci do powiedzenia - rzekła Victoria do telefonu, siedząc na chłodnych schodach na klatce. - Dużo myślałam o tym wszystkim, co się dzieje ostatnio. O Dylanie i Michelle, ale też o nas. O mnie i o tobie.
- Nie ma nas - odparł szorstko Liam. - Przecież wiesz, że nigdy nie będziemy razem. Sama tak powiedziałaś.
- Może popełniłam błąd? - zapytała. - Ty popełniałeś błędy częściej, niż ja.
- Bo ty jesteś dobrą kobietą - powiedział, zaczynając się denerwować. - Zawsze taka byłaś. A ja jestem zły.
- Nie jesteś! - przerwała mu. - Jesteś naprawdę fajnym facetem i mogłabym...
- Wiem, że jestem fajnym facetem - rzekł, nie siląc się na udawaną skromność. - Ale jestem złym człowiekiem, robię złe rzeczy.
- Nie są aż takie złe...
- Nie znasz mnie od tej najgorszej strony - stwierdził ze smutkiem, choć miał nadzieję, że dziewczyna tego nie wyczuła. - Sam dopiero ją poznaję.
Brunet rozłączył się, gdy zauważył, jak na salę treningową wszedł Calvin. Widok jego twarzy coraz częściej budził w Atwoodzie wstręt, jednak był bezradny, póki nie otrzymał od Cliffe'a tego, co mu się należało. Dziś postanowił zawalczyć o swoje i towarzyszył temu dziwny spokój, przekonanie, że wszystko pójdzie po jego myśli.
- Jest i nasza gwiazda! - zawołał blondyn, gdy tylko zauważył Liama. - Może usiądziesz?
- Obejdzie się - odparł. - Przyszedłem po kasę.
- Ale że niby jaką kasę? - Calvin zrobił poważną minę, po czym uśmiechnął się, wzruszył ramionami, udając, jakby potraktował słowa bruneta jak żart.
- Stary, nie wygłupiaj się, dobra? Wygrałem trzy walki, a dalej nie zobaczyłem swoich pieniędzy.
- Bank jest chwilowo niewypłacalny...
- Masz mnie za debila? - Liam podszedł do blondynka, złapał go za koszulkę i spojrzał na niego z góry. - Myślisz, że możesz tak się ze mną bawić?
- A co się tak złościsz, królewno? - spytał, niewzruszony atakiem Atwooda na swoją osobę. - Taka kasa zawsze dłużej idzie. Muszę ci przypominać, że zarobiłeś ją, popełniając przestępstwo?
- Nikogo nie zabiłem - brunet puścił w końcu Cliffe'a, wciąż jednak nie spuszczając z niego wzroku. - Nie próbuj mnie wykiwać, bo nie skończy się to dla ciebie dobrze.
- Dla ciebie również - stwierdził. - Ja zawsze mogę zapaść się pod ziemię, ale mogę przedtem wydać cię policji. Powiedzieć, że zarabiasz pieniążki, tłukąc ludzi w nielegalnych walkach. Mogę cię udupić, jak tylko kiwnę palcem. Chcesz tak ryzykować, czy jednak bawimy się po mojemu?
Liam spojrzał na tą jego fałszywą, zakłamaną mordę. Zaczynał żałować, że wplątał się w cały ten parszywy interes. W końcu dziesięć lat temu Dylan ostrzegał go, by nie ufać Calvinowi, bo ten prędzej czy później pokaże, jaki jest naprawdę. Teraz niestety Cliffe miał rację - Atwood musiał być posłuszny. Poznał już jego kolegów, którzy z pewnością niejednokrotnie odwiedzili więzienie. Wszyscy byli kryminalistami, a on powoli zaczynał stawać się taki sam, jak oni.
- Po twojemu - odparł Atwood i wyszedł, pozostawiając za sobą usatysfakcjonowanego taką odpowiedzią Calvina.
- Każdy ma prawo czasem się pogubić - powiedziała Victoria, gdy tym razem to Liam do niej zadzwonił. - Myślisz, że ja mam tak poukładane życie, że nigdy nie płaczę w poduszkę i nie mam ochoty rzucić tego świata w cholerę?
- Twój problem to które buty pasują do danej kiecki - rzekł smętnie. - Bez urazy, ale ty nie wiesz nic o prawdziwym życiu.
- A ty niby wiesz o nim wszystko? Śmiechu warte! Dobra, a czy miałeś ojca żeglarza, który pojawiał się w domu raz na ruski rok, a w każdym porcie miał inną kochankę i nawet się z tym nie krył? Nie, Liam. Ty miałeś rodziców, którzy kochali siebie nawzajem i kochali swoich synów. Oni zawsze chcieli dla ciebie i Marshalla tego, co najlepsze.
- Skąd ty możesz wiedzieć takie rzeczy?
- Wszyscy to wiedzą, bo to widać na pierwszy rzut oka. Po prostu ty jesteś zbyt zazdrosny o brata, by wreszcie zrozumieć, jak wiele mu tak naprawdę zawdzięczasz.
Tym razem rozłączył się dlatego, iż uznał, że Victoria nie ma pojęcia, co mówi, a mimo to próbuje się wymądrzać. Jej brat był naprawdę fajnym facetem, który skoczyłby za młodszą siostrą w ogień, z kolei Marshall prędzej by go w ten ogień wepchnął. Co mu właściwie zawdzięczał? To, że stracił kobietę, na której tak bardzo mu zależało? Czy miał mu dzisiaj podziękować za to, że zamienił jego życie w koszmar?
Zapukał do drzwi, jednak nie otworzył mu Marshall, lecz Florence. Uśmiechnęła się na jego widok, minęło bowiem sporo czasu od ich ostatniego spotkania.
- Ładnie to tak, nie odzywać się przez prawie trzy miesiące? - zawołała, choć wcale nie była na niego zła. W ogóle wyglądała o wiele radośniej, niż przedtem.
- Związek z Marshallem chyba cię uskrzydla - powiedział ponuro Liam, choć dziewczyna nie uchwyciła nic nieprzyjemnego w tonie jego głosu.
- Przyszedłeś tu, by rozmawiać o swoim bracie? - zdziwiła się. - Wejdź do środka.
Zrobił to, o co poprosiła. Kiedy usiadł na kanapie, rozejrzał się i osłupiał. Surowe niegdyś wnętrza teraz okraszone było kobiecą ręką, a na ścianach zaczęły pojawiać się ich pierwsze wspólne fotografie. Miłość kwitła, albo przynajmniej sprawiała takie wrażenie.
- Napijesz się czegoś? - zapytała Florence, jednak Liam pokręcił głową i poprosił, by usiadła obok niego.
- Kiedy miałem osiemnaście lat, po raz pierwszy się zakochałem - zaczął. - Miała na imię Lily i była naprawdę wspaniałą dziewczyną. Żałuję, że nie poznałem jej w innych okolicznościach. Gdybym poznał ją chociaż rok wcześniej, miałbym więcej czasu, by sprawić, aby i ona pokochała mnie - po tych słowach spojrzał na brunetkę, która wyglądała na skołowaną. - Lily miała raka. Tylko, że była wyjątkowa, bo nie było po niej widać cierpienia czy żalu do losu, który w jej przypadku był tak podły. Przy niej stawałem się lepszym człowiekiem, dopiero później pozwoliłem na to, by w środku mnie gniło wszystko to, co ona we mnie zakorzeniła. Florence, muszę ci powiedzieć, dlaczego tak nienawidzę Marshalla.
- Mówiłam ci już, że nie chcę tego wiedzieć - przerwała mu stanowczo. - Naprawdę nie chcę się w to mieszać, to są wasze sprawy i...
- On był wtedy lekarzem - mówił, ignorując jej zmieszaną minę. Chyba zrozumiała, że po prostu musi wysłuchać tej historii. - Początkującym co prawda, ale już wtedy wywyższającym się. Był dla mnie wredny, kiedy odrabiałem lekcje, bo przecież on był wielkim doktorkiem i już dawno wyrósł z tych szkolnych mądrości, z którymi ja miałem wtedy problem. Ale naprawdę wredny to on był dopiero później.
Mężczyzna szedł długim, jasnym korytarzem, znając go
na pamięć nie od dziś. Ona leżała w szpitalu, w którym się poznali,
walcząc o życie każdego dnia. Kim on był dla niej? Nie byli parą, nie deklarowali się, a jednak byli od siebie zależni. Dawał jej siłę, by walczyć z codziennością i z chorobą. Przy nim wydawała się szczęśliwa, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech, który przecież nie gościł tam często. On, zagubiony osiemnastolatek, szukający swojej drogi, ginący w cieniu ambitnego brata, przy niej stawał się lepszym człowiekiem. Czas pokazał, że nigdy nie był tak przyzwoity,
jak właśnie wtedy. Był szczeniakiem, kiedy zakochał się bez pamięci, a
jednak nigdy nie dowie się, czy uczucie, którym darzył Lily, było prawdziwe.
Zatrzymał się przed drzwiami sali, w której leżała. W dłoni ściskał bukiet kwiatów o wyrazistym, jaskrawym kolorze - niemal identycznym, co kolor jej oczu. Chciał jej powiedzieć, że ją kocha - pierwszy raz w swoim życiu. W głowie zarysowany miał dokładny scenariusz i chciał, by wszystko poszło zgodnie z planem.
Otworzył drzwi.
Zobaczył Lily i swojego brata, całujących się. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek zostanie tak mocno zraniony przez osoby, którym ufał, mimo wszystko. Ona była najcudowniejszą dziewczyną, jaką poznał w swoim życiu, a on? Przecież Marshall to jego brat! Jak on mógł wbić mu nóż prosto w serce? Nigdy nie zapomni jego miny, kiedy obejrzał się, odrywając usta od Lily. Uśmiechnął się tak, jakby wygrał los na loterii, jakby upokorzenie własnego brata stanowiło dla niego największą przyjemność. A Lily? Patrzyła na Liama oczami bez wyrazu, pustymi, a zarazem zaszklonymi. Nie chciał słuchać jej wyjaśnień, a spodziewał się, że za chwilę postanowiłaby się usprawiedliwiać. Tylko czy cokolwiek mogło usprawiedliwić jej zachowanie? Przecież byli szczęśliwi, byli codziennie tylko dla siebie, byli nierozłączni...
Wtedy Liam widział ją po raz ostatni.
- Przyszedłeś tu po to, by nas skłócić? - zapytała rozzłoszczona Florence. Liam nigdy nie widział jej w takim stanie. - Po to opowiedziałeś mi te wszystkie kłamstwa?
- To nie były kłamstwa! - zapierał się. - Chciałem, żebyś wiedziała, że mój brat nie jest święty i to już od dawna. Powiedz sama, kto robi coś takiego własnemu bratu? No kto?
- Wyjdź - rzekła. - Naprawdę nie chcę cię słuchać.
- Nie musisz, bo ja już wcale nie chcę nic mówić - odparł i skierował się do drzwi. - Znasz prawdę. Zrobisz z tym to, co uważasz za słuszne. Ja po prostu nie chcę, żeby cię ten dupek skrzywdził. On na ciebie nie zasługuje. Wierzę, że pewnego dnia też to zobaczysz.
Brunet wyszedł za drzwi i od razu wyciągnął komórkę z kieszeni, ponownie wybierając jej numer.
- Wiesz, że w końcu się obrażę? - zapytała Victoria. - Jak tak będziesz ciągle odkładał słuchawkę.
- Przepraszam - odparł.
- Ty mnie przepraszasz? - zdziwiła się. - Ty? Liam Atwood? Czy to na serio ty, czy tylko się pod niego podszywasz?
- Dlaczego? - spytał.
- Bo twierdziłeś, że jesteś złym człowiekiem - odpowiedziała szybko, a mężczyzna przysiągłby, że ujrzał wtedy oczami wyobraźni uśmiech na jej twarzy. - Źli ludzie nigdy nie przepraszają.
Mężczyzna szedł przed siebie, choć czuł się tak, jakby w tej konkretnej chwili zatrzymał się czas, a on razem z nim.
- Dlaczego ty jesteś dla mnie taka dobra? - zapytał Liam. - Przecież ja na to nie zasługuję.
- Wiesz, czasami sama chciałabym wiedzieć, czemu tak bardzo cię lubię.
- I tak dobrze, że tylko lubisz... Z tego, co pamiętam, wyznałem ci miłość, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni.
- Czyli to by było źle, gdybym się w tobie zakochała?
Atwood doznał szoku, kiedy zobaczył ją, siedzącą na klatce schodowej, tuż przy swoich drzwiach. Nie wiedział, że spędziła tu cały dzień, czekając na niego. W głowie znów zaszumiało mu jej ostatnie pytanie. Podszedł bliżej, a ona wstała.
- Bardzo źle - odparł, a już po sekundzie oboje ulegli pragnieniu, z którym dłużej nie potrafili walczyć.
Kiedy go całowała czuł, że robią coś złego, a zarazem nie miał najmniejszej ochoty na to, by odesłać ją z kwitkiem, bo też marzył o tej chwili. Nie pamiętał, w którym dokładnie momencie weszli do jego mieszkania, zostawiając za drzwiami nie tylko swoje inne problemy, ale też poczucie winy i rozsądek.
Umieram za każdym razem, kiedy ty odwracasz wzrok.
Moje serce, moje życie, nigdy nie będzie takie samo.
Ta miłość zabierze mi wszystko.
Jeden oddech, jeden dotyk, będzie końcem mnie.*
Mógłby zapłacić każdą kwotę, aby ta chwila trwała wiecznie. Nie chciał rozstawać się z ciepłem jej skóry, którą czuł tuż obok siebie. Rozkoszował się tym, że dzisiaj była tylko jego - taka, jakiej pożądał, choć wiedział, że na nią nie zasłużył. Nic się nie zmieniło, ona wciąż była siostrą jego najlepszego przyjaciela i porządnym człowiekiem. Nie chciał jej zepsuć ani skrzywdzić, a był przekonany, że prędzej czy później Victoria przez niego zapłacze. Nie umiałby patrzeć na jej cierpienie, to by go rozdarło na części, jak kartkę papieru - szybko i niemal bezboleśnie, ale też nieodwracalnie.
- Muszę zapalić - powiedział Liam, pozostawiając pocałunek na nagim ramieniu brunetki. Ta zaśmiała się uroczo, po czym wtuliła się w poduszkę i szepnęła:
- Gdybym zasnęła, obudź mnie, bo nie chcę marnować ani chwili. Chcę być z tobą.
Brunet szybko się ubrał, po czym wyszedł na zewnątrz i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Co by powiedział Dylan, gdyby dowiedział się o tym, że przespał się z jego siostrą? Ile razy mówił Liamowi, aby ten nie zbliżał się do Victorii? Tak długo walczył z pokusą i niby po co było to wszystko, skoro dziś złamał obietnicę i rozpalił w dziewczynie nadzieję, że będą razem? Nadzieję, której on sam nie posiadał, bo on nigdy nie będzie jej godzien.
- Atwood! - krzyknął Calvin, pojawiając się znikąd.
- Nie mam czasu - odparł Liam, choć na blondynie nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- Musisz wiedzieć, że gdyby nie ty, być może zapomniałbym o twoim długu - rzekł Cliffe. - Dzisiaj jednak, wykłócając się o kasę, przypomniałeś mi o wszystkim. Dziesięć lat temu tamta walka była ustawiona, wiesz? Wystarczyło, żebyś po prostu wszedł na ring, a zgarnąłbym dzięki tobie tyle forsy, że mógłbym się w niej kąpać. Oczywiście musiałeś zrobić to, co powiedział ten twój goryl...
- Nie jestem ci nic winien - parsknął Liam, jednak niespodziewanie Calvin podbiegł do niego i powalił go na ziemię, przyduszając ramieniem. - Odwaliło ci?!
- Nie sądziłeś chyba, że twoje zobowiązania wobec mnie zostały anulowane? - Cliffe roześmiał się. - A skoro nie chcesz mi zapłacić, załatwimy to inaczej. W podziemiach to ja się nie biłem, ale na ulicy mogę to robić z zamkniętymi oczami.
Zaczęli okładać się pięściami, szarpać i szturchać, jakby nagle wstąpił w nich demon. Nie liczyło się nic, jak tylko to, aby wygrać. Nie walczyli o żadną sumę, lecz o honor. Dylan miał rację. Cliffe nigdy nie zasługiwał na zaufanie. Co mu odbiło, że uwierzył temu oszustowi?
Liam powalił Calvina na ziemię i ten przez chwilę leżał w bezruchu, stękając jedynie nad swoim obolałym ramieniem.
- Wygrałem - powiedział Liam i splunął na Cliffe'a. Odwrócił się, a blondyn zaczął się śmiać.
- Nie, chłoptasiu - rzekł Calvin, zerkając na wszystko z ziemi. - Ja zawsze wygrywam, a twój przydupas Dylan wie o tym najlepiej.
Atwood poczuł, jak nogi wrastają mu w glebę. Przed nim stało trzech mięśniaków, których znał z siłowni i wiedział, że są to kumple Calvina, wszyscy z szemraną opinią. Patrzyli na niego, jak wygłodniałe wilki, a w ich oczach płonęła żądza krwi, której Liam nigdy przedtem nie widział. Był ich celem. Nie był w stanie zareagować, zresztą to i tak nie miałoby sensu. Pamiętał, jak jeden z nich złapał go, a dwaj pozostali zaczęli okładać pięściami po twarzy. Gdy wylądował na ziemi, zaczęli kopać go po brzuchu i zapewne robili tak jeszcze długo, choć on już nie zdawał sobie z tego sprawy. Stracił przytomność i zamiast nich, znęcających się nad nim, widział przed oczami twarz swojej matki, Lily i Victorii - trzech kobiet, które kochał prawdziwie.
- A więc tak tu jest? - zapytał brunet, rozglądając się. Wokół było tak jasno, że aż zmrużył oczy, czego jednak nie zrobiła niebieskooka, stojąca naprzeciwko. - Tak wyglądała śmierć? I tak wygląda niebo?
Dziewczyna pokręciła głową, milcząc.
- Liam Atwood w niebie? - Lily roześmiała się. - Naprawdę idiotyczny ten twój sen.
Chłopak uniósł wyjątkowo ciężkie powieki i zobaczył pochylającą się nad nim Victorię, wyraźnie przerażoną i zdruzgotaną. Po jej policzkach płynęły łzy, a usta jej drżały.
- Liam, proszę, nie rób mi tego... Proszę cię... Liam! - mówiła, a głos łamał jej się tak, że brunetowi momentalnie zrobiło się jej żal. Poczuł, że musi coś zrobić. Musi dać jej znak, musi ją objąć, musi ją wesprzeć. Dopiero po chwili zrozumiał, że teraz to on potrzebuje wsparcia. Nie mógł pomóc ani sobie, ani jej.
Znowu zamknął oczy i znowu czuł, że odpływa. Przed jego oczami ponownie pojawiła się jasność i wielkie, niebieskie oczy, a także dłoń dziewczyny, wyciągnięta w jego kierunku i prosząca, by szedł razem z nią w nieskończoność - tam, gdzie zawsze chciał być i z kobietą, która była jego bajką.
Mogłabyś być ostatnią kroplą, która przywróci mnie na ziemię.
Wiecznie czekające lotnisko, pełne miłości, na którą zasługujesz.
Pragnę znaleźć sposób, by zmyć przeszłość,
Wiedząc, że moje serce będzie złamane,
ale przynajmniej ból się skończy.*
To opowiadanie niemal od samego początku jest bardzo intrygujące. Bohaterowie, których stworzyłaś są naprawdę świetni, a ich problemy wydają się takie ludzkie. Nie jest to słodka historia o miłości, gdzie bohaterowie są wiecznie szczęśliwi i nic nie jest w stanie ich poróżnić. Postać Victorii zaciekawiła mnie od samego początku. Wykreowałaś naprawdę porządną kobietę sukcesu, która zanim coś zrobi, to przemyśli to co najmniej 10 razy albo i więcej. Od paru rozdziałów zauważam małą zmianę w zachowaniu i życiu Victorii. Chyba znudziło już jej się to idealnie poukładane życie. Widać, że bardzo chciałaby coś w nim zmienić. Gołym okiem widać, że czuje się bardzo samotna, że tęskni za miłością. Tego, że zakochała się w Liamie nie uważam niestety za najrozsądniejszą decyzję, ale serce nie sługa. Widocznie to zauroczenie było zdecydowanie silniejsze. A reakcją Dylana raczej nie powinni się przejmować, bo są dorośli i wiedzą co robią. Przeczuwam późniejsze konsekwencje tej chwili zapomnienia, ale póki co nie warto o tym myśleć. Uważam, że jeżeli chcą być razem to nie można im tego zabronić :)
OdpowiedzUsuńOstatni fragment przeraził mnie nie na żarty. Ja od początku czułam, że Calvin to niezłe ziółko i nie można mu zaufać pod absolutnie żadnym względem. Do teraz się zastanawiam co strzeliło Liamowi do głowy, że chce mieć jakąkolwiek styczność z tym człowiekiem. Calvin pokazał, że nie warto z nim zadzierać i że znajomość z nim może się skończyć naprawdę źle. Mam tylko nadzieję, że Liamowi nic się nie stanie, bo mimo wszystko szkoda mi go. Chłopak ewidentnie się pogubił, nie bardzo wie jak się w tym wszystkim odnaleźć. W końcu wyjaśniło się też, dlaczego z Marshallem darzą się taką antypatią. Czułam, że mogło to mieć związek z Lily i jakoś żaden inny powód moim zdaniem nie wchodził w grę. Osobiście uważam, że to żaden powód, by nienawidzić się wzajemnie, ale faceci już tacy są. Ja od pewnego czasu w ogóle nie rozumiem toku ich myślenia przez co naprawdę zaczynają mnie denerwować.
Na tym zakończę swoje gadanie, bowiem przechodzę do następnych rozdziałów :)