Mężczyzna miał ogromne wyrzuty sumienia, które sprawiały mu ból, ale nie potrafił go w żaden sposób uśmierzyć. Pomogło by mu tylko przebaczenie, ale przecież nie mógł go teraz otrzymać. Dylan podniósł wzrok i po chwili pożałował - bezcelowe wpatrywanie się w podłogę, nie sprawiało mu takiej przykrości, jak widok przyjaciela, podłączonego tymi wszystkimi kabelkami do pikającej aparatury. Patrzenie na to wszystko jedynie potęgowało żal Parksa i w tym wszystkim również wdzięczność losowi za to, że ta historia nie skończyła się inaczej. Wciąż mógł wierzyć w to, że kiedy Liam się obudzi, uśmiechnie się w ten swój niepowtarzalny sposób, poklepie go po ramieniu i powie: ,,Stary, dobrze cię widzieć, nie mam do ciebie pretensji o to, że potraktowałeś mnie jak śmiecia''.
Dylan ukrył twarz w dłoniach i pokręcił głową. Był bezsilny i właśnie to tak bardzo go złościło. Mógł siedzieć tu godzinami i nie robić nic innego, a i tak nie pomógłby Liamowi. On był tu ciałem, ale czy był tu też duchem? Czy teraz, kiedy był być może pomiędzy jednym światem, a drugim, walczył o to, by wrócić, czy jednak poddał się i brnął ku nieskończonemu światłu?
- Za dużo tych wszystkich cholernie trudnych pytań - powiedział Parks i tak bardzo zatęsknił za Liamem, który na pewno parsknąłby śmiechem, gdyby tylko mógł. - No i w co ty się znowu wpakowałeś, bracie? - zapytał, patrząc na poobijaną, zaczerwienioną i obdrapaną twarz Liama. W tej konkretnej chwili w niczym nie przypominał wiecznie wyluzowanego optymisty, chwytającym każdy dzień. - Może gdybym był obok, nie byłoby nas dzisiaj tutaj, tylko siedzielibyśmy w jakimś barze, pili drinki i śmiali się z każdej głupoty? Liam, tak strasznie mi głupio, że potraktowałem cię w taki sposób... Jak już się obudzisz, zrobię wszystko, abyśmy znowu się kumplowali. Takich braci się nie traci.
- W takich chwilach naprawdę cieszę się, że mam takiego brata - powiedział Liam i obydwaj mężczyźni stuknęli się kieliszkami.
- Czekaj... Brata? - zdziwił się Dylan, mrużąc oczy i ciężko było zweryfikować, czy robił to z powodu wyjątkowego zdziwienia, czy to jednak alkohol zaczął robić swoje. - Mama mi nie mówiła, że rodzina się powiększyła.
- Stary, przecież wiesz, do czego piję - wybełkotał brunet, a jego aluzja wydała się wyjątkowo trafiona. - Marshall zachował się jak skończony dupek...
- Święta prawda!
- Jak tak wtedy widziałem go z Lily, poczułem, że go nienawidzę. A rodziny przecież nie można nienawidzić. Znaczy, że my już nie jesteśmy braćmi, no nie?
- No tak! - potwierdził Dylan, bujając się na swoim stołku barowym. - I teraz już chyba wiem, do czego pijesz!
- No właśnie! Bo my jeste...
- Bracie! - krzyknął Dylan i wstał z miejsca, wyciągając ramiona ku ciemnowłosemu. Zachwiał się i pociągnął go za sobą na podłogę, na co obydwaj zareagowali śmiechem, podobnie jak wszyscy inni ludzie, którzy tego wieczoru spędzali czas w barze.
- My jesteśmy na zawsze, Dylan! My sobie nigdy nie wbijemy nożów w plecy...
- Nigdy! - przyznał ochoczo. - Takich braci się nie traci, a Marshall niech się goni!
Przez cały ten czas tak naprawdę nie byli braćmi. Łączyły ich więzy krwi, ale tak naprawdę zmarnowali wiele dni na to, by zabijać siebie nawzajem wzrokiem, wypominać sobie dawne błędy i unikać się tak bardzo, jak to tylko było możliwe. Nie mogli liczyć na siebie nawzajem, zresztą żaden z nich nie spróbował poprosić tego drugiego o przysługę czy pomoc. Liam za bardzo nienawidził Marshalla, z kolei ten nie miał co liczyć na wsparcie brata - przecież był od niego sto razy lepszy i powinien sam dać sobie radę ze wszystkim. Marshall miał ochotę samego siebie spoliczkować, gdy zrozumiał, jak idiotyczna była ta myśl. Odkąd tylko pamiętał, wywyższał się na każdym kroku i zachwycał swoim dyplomem, podczas gdy Liam wolał bujać w obłokach. To Marshall był dumą rodziców, choć oni ani przez chwilę nie zwątpili w młodszego syna. Zawsze dawali mu kolejną szansę, bez względu na to, ile razy zawiódł ich zaufanie. Widzieli w nim to, co i Marshall dostrzegał i czego zarazem nienawidził, bo właśnie przez tą rzecz nie miał nigdy szans u Lily, nigdy jednak nie powiedział tego na głos.
Kiedy Marshall wszedł do sali, w której leżał jego brat, od razu zetknął się z morderczą złością w oczach Dylana. Postanowił ją zignorować, ale gdy brunet wstał z krzesła, lekarz zrozumiał, że będzie ciężko.
- Teraz się zjawiasz? - zapytał Parks z wyrzutem. - A przez ten cały czas to niby gdzie ty byłeś?
- Wcześniej nie mogłem tu przyjść.
- Taki z ciebie brat? - spytał Dylan i roześmiał się. - On tu walczy o życie, a ciebie nie stać nawet na to, by być tu teraz z nim? Z was dwóch to on ma prawo cię nienawidzić, a nie odwrotnie.
- Powiedz to jeszcze raz - Marshall podszedł bliżej bruneta i chwycił go za koszulkę, po czym przydusił go do ściany. - Pysznisz się tym, że niby znasz prawdę o tym, dlaczego Liam mnie nienawidzi? A tak naprawdę gówno wiesz, bo sam Liam nie ma pojęcia, co się wydarzyło wtedy między mną a Lily.
- Co ty w ogóle pieprzysz? - zirytował się Dylan, który nie przypominał sobie, kiedy ostatnio został przyparty do muru przez kogokolwiek. Zwykle to on pierwszy zaczynał bijatykę.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć - odparł Marshall. - Po prostu rzygać mi się chce, jak słucham tego wszystkiego, co ty wygadujesz od lat. Nie jesteś jego bratem. Niby jaki brat zostawia drugiego, bo ten powiedział parę przykrych słów o jego żonie?
- Skąd ty...
- Moja dziewczyna mi powiedziała.
- A niby jaki brat próbuje odbić własnemu dziewczynę? - zapytał Dylan i poczuł, jak z Marshalla ulatuje złość. Trafił w czuły punkt i zadał to najbardziej kłopotliwe pytanie.
- Obaj jesteście siebie warci - powiedziała Victoria, która pojawiła się znikąd. - Kłócicie się przy jego łóżku, tak jakby go tu nie było.
- On jest w śpiączce... - stęknął Dylan, jednak brunetka zmarszczyła czoło, na co mężczyźni opuścili pomieszczenie w milczeniu.
Victoria położyła swoją dłoń na lodowatej dłoni Liama. Miała ochotę rozpłakać się za każdym razem, gdy patrzyła na tą jego kamienną twarz. Właśnie wtedy coś się wydarzyło, zmieniło. Jego usta wygięły się tak, że można by odnieść wrażenie, że delikatnie się uśmiechnął.
- Jestem przy tobie - powiedziała dziewczyna, ciesząc się, że mężczyzna mógł tak zareagować na jej pojawienie się.
Tymczasem prawda była nieco inna.
- Jakim cudem nie oślepia mnie ta wszechobecna jasność? - zapytał Liam, wyglądając znów jak osiemnastolatek, czyli dokładnie tak, jak w momencie, w którym poznał Lily.
Oboje siedzieli nad rzeką, w której odbijały się promienie słoneczne. Dziewczyna siedziała pod drzewem, czytając książkę i niechętnie podnosząc wzrok sponad stron.
- Jesteśmy w wyidealizowanej rzeczywistości - wyjaśniła. - Wszystko jest tutaj...
- Idealne - dokończył za nią. - Czemu ty zawsze coś czytasz?
- Uczę się - odparła, przerzucając kolejną kartkę.
- Ale po co, skoro już i tak jesteś idealna? - zdziwił się. - No co, może nie mam racji?
Liam wstał z miejsca i wrzucił do rzeki kamień, który zaczął odbijać się od tafli i podskakiwać jak mała żabka. Potem podszedł do niebieskookiej, która znów musiała przerwać czytanie.
- Dla mnie byłaś idealna wiele lat temu - powiedział. - Nie musiałem trafić w to dziwne miejsce, żeby dostrzec, jaka jesteś...
- Ja wcale nie jestem - przerwała. - To wszystko jest tylko w wyobraźni.
- Nieprawda - upierał się.
Wyciągnął ręce ku niej, a ta pokręciła głową i dopiero po chwili chwyciła jego dłonie. Przyciągnął ją do siebie i podniósł, okręcając wokół własnej osi kilka razy. Kiedy świat zawirował mu przed oczami, oboje upadli na trawę i leżeli tak przed dłuższą chwilę, twarzą w twarz.
- Przecież gdyby cię tu nie było, nie byłoby też mnie, prawda? - zapytał, ale wcale nie czekał na jej odpowiedź, sam znał ją przecież doskonale. - Ty i ja. Całość.
- Wyobraziłeś sobie, że cię teraz pocałuję? - spytała Lily i zanim chłopak zdążył kiwnąć głową, przywarła ustami do niego, rozkoszując się tą chwilą. Bez względu na to, czy to działo się naprawdę, cieszyli się, że mieli siebie tu i teraz, i że byli tu jedyni. Nie potrzebowali przecież nikogo więcej i właśnie teraz ta rzeczywistość wydała się Liamowi naprawdę idealna.
Please don't be in love with someone else...*
- Po prostu go nie trawię - powiedział Dylan, kiedy Michelle próbowała go uspokoić. - Panoszy się teraz, a prawda jest taka, że los Liama nawet go nie interesuje.
- Skąd wiesz? - zapytała. - Ludzie się zmieniają.
- Tylko, że na ogół potrzebują jakiejś tragedii, żeby nagle się zorientować, że pora się nawrócić. Ja mu zwyczajnie nie ufam.
- Najważniejsze, że tu jest, tak? Skoro tak bardzo nie lubi Liama, mógł równie dobrze olać informację o jego wypadku.
- Skoro już o tym mowa, nie miej do mnie żalu, jak wyląduję w więzieniu.
- Słucham? - Michelle wybałuszyła oczy.
- Ja nie wierzę, że to był jakiś wypadek - dokończył. - Dowiem się, kto go tak pobił.
- I co niby zamierzasz? Chcesz narażać siebie? A nie pomyślałeś o tym, że jesteś nam tu teraz potrzebny? - zapytała, głaszcząc się po brzuchu. - Mamy cię odwiedzać w więzieniu? Oszalałeś?
- A co niby mam zrobić? Siedzieć bezczynnie i czekać? Wystarczy, że policja już to robi, ja nie zamierzam się obijać.
- Wiesz co, nawet nie chce mi się z tobą rozmawiać.
- I z wzajemnością - odparł Dylan i oparł ręce na biodrach.
Michelle zostawiła męża samego na korytarzu, podczas gdy sama usiadła tuż przy wejściu głównym szpitala. Na moment zapomniała o tym, że między nią, a Dylanem, wciąż nie jest dobrze. Spędzili naprawdę miłe chwile tam na plaży, ale nadal nie mogli mówić o tym, że są szczęśliwym, zakochanym w sobie po uszy małżeństwem. Gdyby nie to, kazałaby mu się po prostu zamknąć i uciszyłaby go pocałunkiem, jak to kiedyś mieli w zwyczaju. Teraz musiała przyjąć ich sprzeczkę na klatę, nie mogąc nic więcej z tym zrobić.
Nagle zobaczyła Marshalla, rozmawiającego z jakąś dziewczyną. Domyśliła się, że była to jego partnerka. Była wyjątkowo ładna i Michelle zaczęła zastanawiać się, jakim cudem owa kobieta chciała związać się z kimś takim, jak młody lekarz, wpatrzony w siebie samego jak w obrazek. Dopiero po chwili Michelle rozpoznała w niej coś znajomego, ale nie umiała stwierdzić, co to właściwie było. Kiedy spojrzenia obu kobiet spotkały się, dziewczyna Marshalla pocałowała go w policzek i czym prędzej odeszła, co jeszcze bardziej zdziwiło Chelle.
- Ty też uważasz, że jestem palantem? - zapytał, siadając obok brunetki. - Twój mąż patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić.
- On po prostu troszczy się o Liama - odparła Michelle.
- Ja też - powiedział Marshall i niespodziewanie zaczął szlochać rozpaczliwie. Chelle bez wahania poklepała go po ramieniu. - Dlaczego nikt nie rozumie tego, że też się martwię? Przecież to jest mój rodzony brat, jedyny, jakiego mam. Jakim musiałbym być człowiekiem, żeby go kiedykolwiek skrzywdzić?
Miał rację. W jego reakcji było coś tak szczerego, że aż Michelle udzielił się jego smutek. Dylan niepotrzebnie mu dowalał, bo tylko pogorszył sytuację. Z drugiej strony, może gdyby nie ostra reakcja Parksa, Marshall nie zmiękłby na tyle, by odkryć przed Chelle swoje słabości, wyznać prawdę i po raz pierwszy od dawna zachować się jak człowiek?
OOO
Taylor Swift - Enchanted *
Dopiero teraz przypomniała mi się Twoja odpowiedź na mój komentarz, kiedy odpisałaś, że tajemnica Florence będzie się stopniowo wyjaśniała od 21 rozdziału. Ja sama oczywiście domyślałam się prawdy, ale nie chciałam nic pisać, bo wiedziałam, że i tak nic mi nie zdradzisz, więc sobie cierpliwie poczekałam, aż sama to wyjaśnisz. Podejrzewałam, że Florence mogła być opiekunką Benjamina, ale nigdy, przenigdy nie powiedziałabym, że byłaby zdolna do tego, by skrzywdzić dziecko. Nie uważam, żeby to z jej głupoty lub nieuwagi dziecko zaginęło. Można by stwierdzić, że ktoś wyjątkowo nie darzył ją sympatią, skoro zwalił na nią takie nieszczęście. A jeśli chodzi o Marshalla to też nie rozumiem tego faceta. Przede wszystkim jego postępowanie jest dla mnie niezrozumiałe, bo skoro martwi się o brata i nie ma do niego takiego żalu, to dlaczego się tak zachowuje? Wszyscy co śledzą opowiadanie od początku wiedzą, że Liam potrafi być porywczy, ale podejrzewam, że gdyby mieli okazję na spokojnie porozmawiać to z pewnością by się dogadali. Złość Dylana jest dla mnie zrozumiała. Martwi się o przyjaciela, zna punkt widzenia tej sprawy jedynie z opowiadań Liama, więc nie ma się co dziwić, że stanął po jego stronie. Co prawda ja sama jakoś szczególnie nie przepadam za Marshallem. Uważam, że jest zbyt zadufany w sobie i traktuje ludzi z góry, krótko mówiąc jak gorszych od siebie. Nie lubię takiego zachowania u ludzi, takiego dzielenia wszystkich na jakieś kategorie, albo co jeszcze gorsze wrzucania ich do jednego worka. Kiedyś Marshall może się przejechać na swoim zachowaniu, bo na dłuższą metę to nie da się długo wytrzymać z takim człowiekiem... oby w porę się opamiętał, bo mimo wszystko chciałabym, żeby doszło do zgody pomiędzy braćmi :)
OdpowiedzUsuń