INFORMACJA

Witam po raz ostatni na Owned Me :) Po wielu trudnościach i wątpliwościach, postanowiłam ostatecznie opublikować resztę opowiadania, łącznie z epilogiem. Nie jestem maksymalnie zadowolona z tej historii, jednak pomimo błędów, niedociągnięć i tak dalej, Owned Me ma dla mnie wielką wartość sentymentalną i to się nie zmieni. Zostawiam Wam to opowiadanie w całości, ze specjalnym podziękowaniem dla Olki1992, bo walczyła o tą historię, jak lwica. Nadal jestem pod wrażeniem! :) Wiem, że ta historia nie jest idealna, ale z szacunku do tych, którzy przywiązali się do niej, daję Wam całość. Na dole macie wszystkie odcinki ;) Z czasem będę poprawiać zarówno koszmarne akapity, jak i wszelkie literówki i błędy, aby to opowiadanie było dopracowane trochę bardziej.

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali chociaż jeden rozdział, którzy podzielili się ze mną swą opinią i którzy tutaj byli! Jesteście częścią tej historii. Mam nadzieję, że będziecie ze mną wciąż na Mine Again.

DZIĘKUJĘ!

OWNED ME

9.09.2012 - 14.07.2013

14 lipca 2013

25. ,,Po prostu mnie przytul, do cholery''


Peter Bradley Adams - Between Us

Jest pociecha
Pociecha w rzeczach, w które wierzymy.
Żyję w niebezpieczeństwie,
Pragnąc rzeczy, których nie widzę.
Gdziekolwiek teraz żyjesz,
Gdziekolwiek spacerujesz,
Dystans między nami
Jestem gotów przekroczyć *

     Mężczyzna otworzył oczy i w pierwszej chwili zdziwiło go otoczenie, w jakim się znalazł. Przez kilka tygodni to szpital był nieodłącznym, codziennym elementem jego życia, tymczasem dziś był znowu w swoim mieszkaniu. Każdego dnia stawał się coraz silniejszy, jakby nachodziła go energia z każdą upływającą minutą. Wciąż jednak czuł się trochę oderwany od rzeczywistości. Czasami przyłapywał się na tym, że myślał o Lily tak, jakby ona wciąż tu była, jakby nigdy nie umarła, a potem docierało do niego, że przecież to wszystko kłamstwo. Dziś była wigilia, a on, kiedy patrzył na nieduże drzewko stojące w salonie, pragnął tylko jednego: by odnaleźć obok niej Lily jako jego wymarzony prezent. Z drugiej strony, powinien doceniać to, co miał teraz. To Victoria przekazała mu, że lekarze zgadzają się na jego powrót do domu. To ona zamówiła mu taksówkę i to ona towarzyszyła mu przez cały ten czas, uśmiechając się tak, jak tylko ona potrafiła. Naprawdę cieszył się z tego, że mógł na nią liczyć, bo gdyby nie ona, to czy nie zostałby całkiem sam z całym ciężarem swojego życia?
     - Już wstałeś? - zapytała brunetka, a bombka, którą dzierżyła w dłoniach, niemal nie wypadła jej z rąk, kiedy oczy napotkały Liama za swoimi plecami. - Pomyślałam, że trzeba trochę przyozdobić to nędzne drzewko.
     - Czemu nędzne? - spytał, choć nietrudno się z nią nie zgodzić. Na środku salonu stała plastikowa choinka z powyginanymi gałązkami z drutu. - Nie odpowiadaj - uśmiechnął się i wziął sobie ze stołu jabłko, po czym wgryzł się w nie niczym wampir w swą ofiarę.
     - Choinka powinna przynajmniej przypominać prawdziwe drzewko - rzekła Victoria. - Jestem przeczulona na tym punkcie. W moim rodzinnym domu choinka była zawsze i pamiętam, że oboje z Dylanem pomagaliśmy mamie przytaszczyć ją do domu.
     - A czemu nie robił tego ojciec? - zapytał Liam.
     Victoria poczuła ucisk w brzuchu na same wspomnienie o swoim ojcu, na ratunek przyszedł dzwonek do drzwi, który rozległ się po całym mieszkaniu Atwooda. Chłopak wstał i bez wahania otworzył drzwi, czym zadziwił swojego niezapowiedzianego gościa.
     - Nie powinieneś tak otwierać drzwi każdemu, kto w nie zapuka - powiedział stanowczo Dylan. - Równie dobrze mogłem być tym kolesiem, który cię pobił.
     - Ich było kilku - stwierdził Liam, po czym wpuścił przyjaciela do środka. Parks wyciągnął zza pleców średniej wielkości pudełko, ozdobione czerwonym papierem w śnieżynki.
     - Wesołych świąt, stary! - Dylan uścisnął Atwooda przyjaźnie, po czym przekazał mu podarunek.
     Kiedy mężczyźni weszli do salonu, gość doznał szoku, widząc Victorię.
     - Co ty tu... - zająknął się. 
     - Ubieram choinkę, a na co to niby wygląda? - spytała dziewczyna, jak gdyby nigdy nic. - Liam jeszcze nie może się za bardzo forsować, tak powiedział lekarz.
     - Chcesz mi powiedzieć, że tu pomieszkujesz? Siostra, chyba mam prawo wiedzieć, co tu jest grane...
     - Uspokój się, sztywniaku - przerwał Atwood. - Chyba nie sądzisz, że ja i Victoria...
     Dziewczyna rzuciła mu piorunujące spojrzenie.
     - Nie, skąd  - odparł szybko Dylan i roześmiał się. - To by było niedorzeczne, wy dwoje razem - dodał.
     Victoria rzuciła Atwoodowi spojrzenie i poprosiła, by odprowadził ją do drzwi, po czym pożegnała się z Dylanem, składając mu pospiesznie życzenia.  
     - Musisz tak się z nim droczyć? - zapytała Liama szeptem, kiedy już byli na osobności. - W każdej chwili możesz chlapnąć o jedno słowo za dużo i wszystko się wyda.
     - Spokojnie, piękna - odparł. - To nasza tajemnica. Nam obojgu zależy na tym, żeby nikt się nie dowiedział o naszej chwili słabości.
     ,,Chwila słabości'' pomyślała dziewczyna. ,,Jedna taka chwila, a człowiek może do końca życia żałować jej bardziej, niż czegokolwiek innego na świecie''.
     - Wrócę wieczorem - skwitowała i wyszła za drzwi, zostawiając przyjaciół samych. Wszyscy doskonale wiedzieli, jak bardzo potrzebna im była ta rozmowa.

     Zabawne, jak czas może zmienić ludzi. Kilka miesięcy temu buzie im się nie zamykały, wciąż coś mówili, z czegoś się śmiali i mieli milion różnych tematów do przedyskutowania w męskim gronie, a dzisiaj nie potrafili nawet zacząć rozmowy. Kiedy Victoria wyszła, bruneci siedzieli w milczeniu, kilkakrotnie próbując coś z siebie wydusić, jednak tchórząc w ostatniej chwili. Liam doskonale to rozumiał. Bardzo dużo wydarzyło się w przeszłości, zbyt dużo, by móc tak po prostu powiedzieć ,,przepraszam'' i uznać, że problem został rozwiązany. Uleczenie każdej rany wymaga długich dni, a niekiedy lat, choć bywa też tak, że jakiś uraz nigdy nie znika bezpowrotnie i lubi o sobie przypominać w tych najmniej odpowiednich momentach. Tego właśnie obydwaj się obawiali - że kiedy już pomyślą, że wszystko jest w porządku, wypomną sobie dawne błędy przy pierwszej sprzeczce. Z drugiej strony, czy nie warto przynajmniej spróbować? Tego dnia powinno być łatwiej, przecież były święta, między innymi czas pojednań.
     Nie przyszedłem tutaj po to, by obrzucać cię błotem - powiedział w końcu Dylan, przerywając ciągnącą się w nieskończoność ciszę. - Obaj popełniliśmy błędy i parę razy potknęliśmy się. Kiedy powiedziałeś tyle nieprzyjemnych słów o Michelle, poczułem się tak, jakbyś obrażał nie ją, a mnie. Miałem ochotę zapomnieć o tym, że kiedykolwiek nazywałem cię swoim przyjacielem i tak mijały kolejne dni, w których ignorowałem twoje starania o kontakt ze mną. Nawet nie wiesz, ile razy chciałem do ciebie zadzwonić i powiedzieć, że już czas pójść na piwo i zapomnieć o tych durnych kłótniach, jednak nie potrafiłem ci wybaczyć tego, jak się zachowałeś. Dopiero później zacząłem rozumieć, dlaczego byłeś tak zły na Chelle. Właśnie dlatego tak się zdziwiłem, kiedy dowiedziałem się, że to ty nakłoniłeś ją do porzucenia pomysłu aborcji. Nie robiłeś tego tylko dla mnie, ale też dla Michelle, wiem o tym.
     - Ty na pewno postąpiłbyś tak samo, gdyby chodziło o mnie - stwierdził stanowczo Liam.
     - Skąd wiesz? - zapytał mężczyzna. - Ja jestem tylko mięśniakiem, który kieruje się emocjami i często nie myśli racjonalnie. Z nas dwóch to ty tak naprawdę masz serce.
     - Dylan, zgoda, uratowałem ci dziecko, ale to nie usprawiedliwia moich wcześniejszych wybryków oraz tych, których na pewno nie uniknę w przyszłości. Ja nie jestem żadnym bohaterem, wzorem do naśladowania. Jestem tylko dzieciakiem, który bawi się życiem i którego nie obchodzą inni ludzie.
     - A Victoria? - spytał, a Liam poczuł się nieswojo. - Nie mów, że nie obchodzi cię jej los. Przecież widzę, nawet teraz, jak się tobą opiekuje. Jesteście przyjaciółmi i to udowadnia, że nie mylę się co do ciebie.
     ,,Mylisz się i to bardzo'' pomyślał Atwood. ,,Przyjaciele nie chodzą ze sobą do łóżka''.
     - Muszę ci o czymś powiedzieć, ale wiem, że ci się to nie spodoba - rzekł Liam niepewnie. - Mógłbym udawać, że nic się nie stało i ukrywać prawdę przed tobą, ale z drugiej strony, życie nauczyło mnie już, że kłamstwo ma krótkie nogi. Ryzykuję, że po tym kilkuminutowym zawieszeniu broni, znowu będziesz miał ochotę mnie zlinczować, ale trudno. Przyjaciel powinien być szczery.
     - Chodzi o moją siostrę? - zapytał Dylan, a brunet pokiwał głową twierdząco. - Prosiłem cię, żebyś się do niej nie zbliżał. Mówiłem, że możesz sobie sypiać z każdą, tylko nie z Victorią, a ty co?
     - To była jedna noc, zresztą nie zamierzam ci się spowiadać - powiedział. - Po prostu chciałem, żebyś wiedział. To się wydarzyło i czasu już nie cofniemy. Chcę tylko, abyś wiedział, że ja jej nie skrzywdzę. Minie czas, ale i ona zapomni o tamtej jednorazowej przygodzie, zobaczysz. I ty też zapomnij, bo nic takiego się nie stało. Dylan, nie złość się na mnie. Dopiero cię odzyskałem, nie chcę, żebyś znowu kazał czekać na swoje przebaczenie.
     - Wyluzuj - rzekł mężczyzna. - Ja też nie chcę się kłócić. Nie podoba mi się to, co zrobiłeś, ale doceniam, że przynajmniej miałeś odwagę, by się do tego przyznać. Masz jeszcze dla mnie jakieś rewelacje?
     - Zależy, czy czujesz się na siłach, by tego wszystkiego słuchać, bo prawdę mówiąc, trochę się tego nazbierało - Liam uśmiechnął się. - Na przykład, zacząłem się bić w nielegalnych walkach. Prawdopodobnie gdyby nie to, nie trafiłbym potem w ciężkim stanie do szpitala. Calvin to bydlę.
     - Gdybym się na ciebie wtedy nie obraził, nie wpakowałbyś się w tej syf - stwierdził Dylan z niezadowoleniem. - Boże, jaki ja byłem głupi...
     - Daj spokój - uspokoił go Liam. - Przyjdzie czas, że sam się zemszczę na tym dupku, zobaczysz. Tylko tym razem to ja wygram.
     - Nie dość ci siniaków?
     - Spokojnie, minie trochę czasu, zanim znowu będę w stanie komukolwiek przywalić.
     - To może jest to najlepszy czas, abyś otworzył prezent ode mnie? - zaproponował Parks.
     Chłopak rozdarł papier i uniósł wieko pudełka, po czym wyciągnął z niego granatowe rękawice bokserskie i obydwaj wybuchnęli śmiechem.

Hej, nieznajoma.
Kiedy będę mógł nazwać Cię moją własną?
Wiem, że Cię nie znam,
Ale widziałem Cię gdzieś wcześniej.
Jakkolwiek brzmi Twoje imię,
Cokolwiek robisz,
Między nami nie ma niczego, czego
Jestem gotów, by stracić *



     Victoria patrzyła na te wszystkie ciężarne kobiety, oczekujące narodzin swojego dziecka z niecierpliwością. Siedząc na korytarzu, napotykała młode dziewczyny, które pod sercem nosiły swoje pierwsze pociechy, ale widywała też dojrzałe kobiety, trzymające za rękę nie tylko męża, ale też starsze potomstwo. Każda z nich miała w oczach miłość, która biła od nich tak, jakby była zaczarowana. Po żadnej z nich nie było widać, czy ich ciąża była planowana od miesięcy, czy też była tylko wpadką. Na pewno każda z nich na początku była cała w nerwach, zastanawiając się, jak to będzie i czy sobie poradzą, ale teraz, kiedy tak bliskie były rozwiązania, wyglądały na szczęśliwsze, niż kiedykolwiek przedtem.
     Kiedy Parks otrzymała pozwolenie na wejście na salę Chelle, wstała z krzesła i pozostawiła za drzwiami widok ciężarnych dziewczyn, które wprawiły ją w refleksyjny nastrój. Zobaczyła blondynkę, leżącą na łóżku i głaszczącą z troską swój brzuszek.
     - Jak się trzymasz? - zapytała Victoria, siadając obok łóżka bratowej.
     - Dobrze - odparła. - Możliwe, że do końca ciąży będę musiała leżeć i maksymalnie się oszczędzać, ale jestem gotowa na takie poświęcenie. A co ty taka zamyślona?
     - Dużo myślałam o tym wszystkim... O tym, jak posiadanie dziecka zmienia kobietę i czy taka dziewczyna, jak ja, która nawet nie myślała o tym, by założyć rodzinę, może poradzić sobie z wychowywaniem takiego malutkiego człowieka.
     - Kochana, a czy ty myślisz, że masz jakiekolwiek inne wyjście? - zapytała Chelle, robiąc wielkie oczy. - Musisz dać sobie radę z tym wszystkim, bo co innego zrobisz? Urodzisz to dziecko i sama zobaczysz, że będziesz wspaniałą matką.
     - Dlaczego mówisz o tym tak, jakby to było oczywiste? - spytała Victoria. - Michelle, proszę, nie gniewaj się, ale kilka miesięcy temu sama chciałaś usunąć ciążę i nie wiedziałaś, jak powinnaś postąpić. To i tak gorzej, niż ja, bo mi aborcja nawet nie przyszła do głowy.
     - Widzisz, czas pokazał, że nie warto kierować się emocjami - rzekła. - Trzeba przede wszystkim słuchać swojego serca. Dzisiaj rano Cherry, moja ginekolog, która prowadziła moją ciążę z Benem, urodziła ślicznego i zdrowego chłopca, choć ma już ponad czterdzieści lat i przedtem dwukrotnie poroniła. Nigdy nie straciła nadziei, bo posiadanie dziecka było tym, czego pragnęła najbardziej na świecie. Patrzyłam dzisiaj na łzy szczęścia na jej policzkach i na miłość, z jaką patrzyła na to maleństwo, na które tak długo musiała czekać. Nie wyobrażam sobie, jak bym się poczuła, gdybym była dzisiaj w tym samym miejscu, lecz bez tej małej istotki pod moim sercem. Gdyby żal nie przyszedł wcześniej, dziś na pewno byłoby mi potwornie wstyd, że odebrałam życie swojej małej córeczce. Swoją drogą, dostrzegasz ironię? Kilka miesięcy temu niemal byłam skłonna, by odebrać jej szansę na życie, a teraz, kiedy jej życie naprawdę jest zagrożone, modlę się, aby Bóg mi jej nie zabierał.
     Victoria poczuła, jak zaszkliły się jej oczy, Michelle natomiast mówiła dalej.
     - Jesteśmy w takiej samej sytuacji - powiedziała. - Obydwie nie wiemy, czy przypadkiem nie będziemy całkiem same z ciężarem wychowywania dzieci. Ja nie mogę zmusić Dylana, by mnie kochał, za to ty i Liam, cóż, umówmy się, że ten chłopak sam jest jeszcze jak duży niemowlak. Tylko, że bez względu na to, czy nasi mężczyźni będą nas kochać, czy nie, pod sercem mamy kogoś, kto kocha nas bezwarunkowo i na zawsze.
     - Dylan jest głupi, skoro nie widzi, jaką jesteś wspaniałą kobietą - powiedziała Victoria, wierzchem dłoni ścierając łzę z policzka.
     - Nieprawda - Chelle pokręciła głową przecząco. - Dylan po prostu wiedział na długo przede mną to, co ci powiedziałam. Dla niego niewyobrażalne było usunąć ciążę, bo on od początku traktował nasze maleństwo jako nową nadzieję dla nas obojga.
     Victoria pomyślała, że to będzie niezwykła podłość ze strony losu, jeśli jej brat i Michelle nigdy już nie będą razem tak, jak to miało miejsce kilka lat temu - szczęśliwi, bez względu na to, co się dzieje. Oni byli sobie przeznaczeni i doświadczyli miłości, o której Parks mogła wciąż tylko marzyć, niczym nastolatka, wpatrzona w plakat swojego idola.
     - Dzisiaj mu powiem - rzekła brunetka, oczami wyobraźni widząc reakcję Liama na wieść, że zostanie ojcem. Wciąż bała się tej rozmowy, ale w jej sercu pojawiła się nadzieja, że może Atwood ją zaskoczy i zachowa się odpowiedzialnie? 

Po prostu mnie zawołaj,
Jeśli kiedykolwiek nasze drogi się spotkają.
Chcę, byś pociągnęła mnie
Pod te ściemniające się nieba.
Kogokolwiek teraz kochasz,
Kogokolwiek całujesz,
Tego, który jest między nami
Jestem gotów pominąć *


      - Dostałem od niego rękawice - krzyknął Liam, kiedy Victoria znajdowała się w drugim pokoju.
     Brzmiał tak, jakby był dziś najszczęśliwszym facetem, chodzącym po ziemi, stanowił zatem dowód, że prawdziwa przyjaźń uskrzydla. Wystarczyła mu świadomość, że Dylan mu wybaczył, aby nic nie było w stanie zepsuć mu nastroju, choć od chwili wypadku raczej nie tryskał radością, był bardziej zamknięty w sobie, niż przedtem. Dziś przypominał tego dawnego siebie, nie przejmującego się niczym i śmiało idącego do przodu. Ludzie mogli nienawidzić tamtego Liama, ale Victoria cieszyła się, że mogła przyglądać się jego powrotowi. Sama się dziwiła, jak mogła się w nim zakochać, skoro tyle razy analizowała wszystkie za i przeciw i wiedziała, że oni dwoje po prostu nie powinni się do siebie zbliżać. Byli jak ogień i woda i wszystkie znaki na niebie mówiły jednoznacznie, że przyjaźń to maksimum, co mogą wycisnąć ze swojej znajomości.
       - Powiedziałem mu o nas - rzekł i dopiero tymi słowami sprawił, że Victoria wróciła do salonu. Spojrzała na niego tak, jakby jego wyznanie sprawiło jej ból.
       - O nas? - zapytała ze zdziwieniem. - Przecież sam kiedyś mówiłeś, że nas nie ma, nigdy nie było i nie będzie.
      - No tak - przyznał. - Ale powiedziałem mu, że spędziliśmy ze sobą noc. Przyjął to zaskakująco dobrze.
      - Czyli możesz już zacząć świętować - stwierdziła posępnie. - Twój problem się rozwiązał.
      - To nawet nie był problem - rzekł mężczyzna z uśmiechem. - Spędziliśmy po prostu miłe chwile razem, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. Mamy szczęście, bo mogło się to skończyć o wiele gorzej.
       - Na przykład ciążą, co? - spytała.
       - Z ust mi to wyjęłaś - odparł lekko, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie w tym momencie złamał jej serce. - Wszystko w porządku?
      Nic nie było w porządku. To wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Nie oczekiwała, że chłopak zacznie skakać z radości, wiedząc, że zostanie ojcem, ale miała chociaż nadzieję, że stanie na wysokości zadania. Dlaczego w niego uwierzyła, skoro on nigdy wcześniej nie dał jej ku temu żadnych podstaw? Dlaczego była tak naiwna i zaślepiona?
      - Jesteś w ciąży? - zapytał, nie dowierzając.
      - Psuję ci plany, co? - spytała ze złością. - Nici z podrywania pierwszej lepszej laski, z balowania do rana i trwonienia pieniędzy. Koniec z twoim dawnym życiem, koniec z lekceważeniem innych ludzi, w tym też mnie. Pewnie mnie teraz nienawidzisz, bo to przeze mnie musisz tak wiele zmieniać w swoim idealnym życiu bez zakazów.
      - Victoria, czego ty ode mnie oczekujesz? Co chciałabyś, żebym teraz powiedział i co twoim zdaniem powinienem zrobić?
      - Po prostu mnie przytul, do cholery - wyszeptała, bo poczuła, jak głos zaczyna jej się łamać. Rozpłakała się i dopiero wtedy poczuła, jak silne ramiona mężczyzny, oplatają się wokół jej ciała, hamując jego niespokojne drżenie. Przytuliła twarz do jego klatki piersiowej, czując jego pocałunek na czubku swojej głowy. Był przy niej, choć mógł bez trudu uciec, albo kazać jej się wynosić. Zachował się tak, jakby nagle dojrzał i przestał być dużym chłopcem, wciąż bawiącym się życiem jak klockami. Nie wiedziała, czy to dobrze, ale w tej jednej chwili pokochała go jeszcze bardziej, niż to miało miejsce do tej pory.

OOO

Peter Bradley Adams - Between Us * 

1 komentarz:

  1. Szczerze? Nie za bardzo wiem jak skomentować ten rozdział. Jest taki... optymistyczny jak dla mnie :) mam wrażenie, że wniósł coś dobrego. Między innymi to, że Dylan i Liam się pogodzili i znów są przyjaciółmi. To dobrze, że sobie szczerze pogadali i wyjaśnili całą tą śmieszną sytuację, jaka między nimi była. Owszem, Dylan mógł poczuć się urażony, ale żeby od razu się tak śmiertelnie obrażać? Dla mnie to było trochę dziecinne i bardzo niedojrzałe, co w przypadku Dylana może naprawdę dziwić. Liam i Victoria zachowują się jak małe dzieci, które boją się, że ktoś ich przyłapie. Błagam, przecież są dorośli i chyba wiedzą co robią, prawda? Myślę, że Dylan miałby na początku jakieś pretensje, ale później zaakceptowałby obecną sytuację. Jego siostra ma prawo ułożyć sobie życie z kim chce i z całą pewnością nie będzie to zależało od Dylana z kim się zwiąże. Liam chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Ja od początku twierdzę, że on na ojca się zwyczajnie nie nadaje. On sam nie umie się sobą odpowiednio zaopiekować, a co dopiero jakby miał się opiekować małym dzieckiem... nie, nie wyobrażam sobie tego, po prostu nie potrafię. A po Victorii widać, że nie takiej reakcji się spodziewała. To chyba normalne, że każda kobieta chciałaby, żeby jej facet się ucieszył na wieść, że zostanie ojcem. Cóż, nie wszyscy mężczyźni tacy są, ale może jeszcze jest chociaż cień szansy, że Liam się zmieni i w końcu dojrzeje do bycia ojcem? Mam taką nadzieję ;)

    OdpowiedzUsuń